Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań.
Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.
Drodzy czytelnicy... kochani, kochane... lamy i fretki... wielbłądy i samice. Oznajmiam wszem i wobec, iż zostałam nominowana do Liebster Blog Award !!!
*oklaski z widowni*
Dziękuje, dziękuje wszystkim.
Ale teraz podchodząc do sprawy poważnie (hahaha... dobry żart! ja poważna?). Chciałam z całego serca podziękować człowiekowi o imieniu Bianka (to takie słodkie imię ! Kojarzy mi się z piankami!) z bloga Zakręcone Życie Huncwotówza nominacje :*
Z tego co wiem mam nominować 11 osób, więc postaram się najlepiej jak mogę!
Z moich planów wyszły nici, gdyż nie czytam wielu blogów, bo potem wszystko mi się miesza. Jednak, gdy znajdę blog, który mi się spodoba nominuje go do LBA, aż wszystkie 11 miejsc się zapełni. Ta! Da! Oto mój plan na przyszłość !
Odpowiedzi na pytania :
1. Czy twoje postacie są wzorowane na kimś z rzeczywistości? Jak je tworzysz? Jak powstawały w twoich oczach?
Czemu takie trudne pytanie ?! No dobrze... Dużo z postaci wzorowanych jest na osobach mi bliskich, a czasami nawet na przypadkowych osobach zobaczonych w sklepie. Niektórzy powstali z jednego uśmiechu posłanego w moją stronę od małego dziecka. Po prostu przez chwilę obserwuję taką osobę. Jej zachowanie... charakter... , a potem staram się "wszczepić" to do postaci
Jak powstają ? No cóż... Postać tworzę zaczynając od charakteru, ulubionych przedmiotów, rzeczy oraz charakterystycznych zachowań. Dopiero ostatnim z kroków jest znalezienie odpowiedniej osoby do "odegranej roli".
2. Jakie blogi najbardziej lubisz czytać?
Są to zazwyczaj opowiadania dotyczące problemów psychicznych lub fanficki potterowskie.
Jeżeli chodzi o to co zwraca moją uwagę lub co lubię w opowiadaniach to jest to przede wszystkim główna bohaterka, a dokładnie jej charakter. Najbardziej lubię, gdy nie jst ona "delikatną dziewczynką", która nie umie się komuś postawić, lecz odważna i sarkastyczna osóbka, umiejąca dopiec komuś jednym słowem.
3. Czy istnieje słowo, czynność, którego nadużywasz?
Jedyne co mi teraz przychodzi do głowy to słowo : w sumie :P
4. Którą postać ze swojego bloga najbardziej lubisz? Z której jesteś najbardziej dumny?
Pewnie jak większość autorów najbardziej lubię Arianę - główną bohaterkę, bo w jej postać włożyłam sporo wysiłku (bo weź się tu dogadaj z takim tłumokiem!). Jeszcze uwielbiam jedną postać jednakże pojawi się w późniejszych rozdziałach.
5. Twoje hobby?
Muzyka, jazda na rolkach i łyżwach oraz pisanie :) Jeżeli chodzi o muzykę to jestem z nią dosyć mocno związana, ponieważ śpiewam i gram na skrzypcach, gitarze oraz pianinie.
6. Ulubiona książka?
No co jak nie Harry Potter ?!
Ale drugą książką jest "Powód, by oddychać" Rebbecki Donovan. Książka jest świetna i polecam ją każdemu kto lubi czytać o problemach innych ludzi.
7. Znienawidzony przedmiot?
Geografia (chyba widać na kim była wzorowana Ariana...)
8. Ulubiony fikcyjny bohater?
Scorpius Malfoy, Moriarty (z Sherlock'a Holmes'a) oraz Iron Man <3
9. Co poczułabyś, wąchając amortencję?
Poczułabym zapach wiatru, lasu i mięty :)
10. Opisz siebie w czterech słowach (cztery cechy).
Ambitna, sarkastyczna, wesoła i szalona.
11. Masz jakiś ulubiony cytat? Jeśli tak to jaki?
"Bądź kim chcesz - pieprz opinię innych. Nie bądź jednym z tych stereotypowych ludzi" ~ Jared Leto (aktor; wokalista zespołu Thirty Seconds To Mars - ECHELON !!!)
Moje pytania :
1. Jak wpadłaś na pomysł założenia bloga ? Czym się kierowałaś ?
2. Ulubiony fikcyjny bohater ?
3. Ile masz lat ?
4. Ulubiony przedmiot w szkole i w Hogwarcie ?
5. Twoje hobby ?
6. Ulubiony piosenkarz/piosenkarka/zespół ?
7. Wpis na blogu, którego pisanie sprawiło Ci najwięcej frajdy ?
8. Książka, która zmieniła Twoje życie ?
9. Do jakiego domu w Hogwarcie należysz ?
10. Ostatnio przeczytana książka ?
11. Jaka jest najbardziej szalona rzecz jaką zrobiłaś ?
Dziewczyna przeszła szybko przez próg drzwi. Znaleźli się w ładnie urządzonym pomieszczeniu przywodzącym na myśl przedsionek zwykłego domu, a nie ukryte pomieszczenie Ministerstwa, które jak pewnie myśleliście będzie podobne do lochu. Wręcz przeciwnie. Ściany pomalowane zostały na biało, a jedną z nich zajmowała wielka beżowa szafa, z zasuwanymi drzwiami (które naprawiane były regularnie z powodu dziwnych zabaw, które Justin i Ariana wymyślali), na których widniało kilka kolorowych plam. Po przeciwnej stronie stały dwa białe fotele. Na jedym z nich leżało kilka czapek Astrid (która swoją drogą uwielbia modę). Między siedzeniami ustawiono ustawiono mały, drewniany stoliczek. Leżało na nim kilka gazet oraz różowa torebka z dziwnymi frędzlami, które poruszały się dziwnie, jakby unoszone przez wiatr.
Dziewczyna podeszła do niej na "bezpieczną odległość" (no bo nie wiadomo co może zrobić różowa torebka) i marszcząc zabawnie nos wskazała na nią palcem.
- Kogo to ? - zapytała i odwróciła się w stronę chłopaków, którzy dalej stali w otwartych drzwiach, przyglądając się nieufnie dziwnemu w ich mniemaniu przedmiotowi.
- Co to jest ? Ośmiornica ? - zapytał głośno Justin, a echo jego głosu rozniosło się po ciemnym korytarzu Departamentu Tajemnic.
Chłopak obejrzał się zdziwiony i krzyknął, gdy poczuł jak coś wciąga go do pomieszczenia, z niezidentyfikowaną rzeczą. Spojrzał w tym kierunku, lecz zobaczył przed sobą ciemne oczy Ariany.
- Rozumiem, że na mnie lecisz, jak każda dziewczyna, ale dla mnie jesteś jak siostra - powiedział wesołym głosem, wyciągając w jej stronę rękę w uspokajającym geście. Dziewczyna spojrzała na niego zirytowanym wzrokiem, unosząc jedną brew do góry i trzepnęła go w głowę, niszcząc tym samym "idealną" fryzurę chłopaka.
Spojrzała ponad jego ramieniem na Cameron'a i powiedziała spokojnym głosem :
- Jak chcecie jeszcze raz - zaakcentowała dwa ostatnie słowa - trafić na dywanik do Ministra za nieostrożność to proszę bardzo, ale mnie w to nie mieszajcie. Już i tak mam przerąbane. I to podwójnie. Ministerstwo jeszcze się nie otrząsnęło po tej naszej paradzie skrzatów na holu.
Na te słowa chłopaki od razu się otrząsnęli, przypominając sobie ostatni szlaban. Cameron rzucił się w stronę przejścia i zamknął drzwi, które z cichym szumem przypominającym lejącą się wodę, zniknęły w białej ścianie, zostawiając po sobie cztery okrągłe i wypukłe symbole poszczególnych żywiołów.
symbole żywiołów
- A co znowu zrobiłaś, że mu podpadłaś ? - zapytał Justin zauważając zawadiacki błysk w oczach Ariany.
- Nie wiedziałam, że Shacklebolt nie lubi różowego - zaczęła niewinnym tonem - Gdybym wiedziała pomalowałabym jego gabinet na inny kolor, a skrzaty ubralibyśmy na czerwono - dokończyła i mruknęła pod nosem - bo to taki wkurzający kolor.
Chłopaki popatrzeli na nią z oburzeniem.
- Jak mogłaś nam o tym nie powiedzieć. Mogliśmy Ci pomóc. Miałby wtedy ściany w kilku kolorach, bo to co zrobiłaś jest trochę mało oryginalne. Wystarczy jedno zaklęcie by to naprawić - powiedział Cameron z naburmuszoną miną.
- Naprawdę, aż tak nisko mnie oceniasz ? Ja powiedziałam POKÓJ, nie ściany. POKÓJ, czyli między innymi biurko, wszystkie dokumenty, szafki i fotele. Dosłownie WSZYSTKO. Nawet spinacze do papieru ma teraz różowe - powiedziała z diabolicznym uśmiechem na twarzy.
- A nie pisałam do was, bo wyjechaliście wtedy do swoich rodzin, a ja zostałam sama w Projekcie, przynajmniej ze Złotej Rangi, bo dziewczyny ze Srebrnej i chłopaki z Brązowej zostali, chyba po to by mnie wkurzać ... Nie miałam co robić, a nie chciałam przerywać wam spotkania z rodzinami ... - ciągnęła dalej, lecz przerwał jej Cameron, który podszedł i objął ją jedną ręką w talii, jakby to była najnormalniejsza rzecz w świecie (a dla Ari nie była).
Spojrzała na niego wzrokiem bazyliszka, lecz ten nic sobie z tego nie robiąc, uśmiechnął się zabójczo, prezentując białe zęby i przyciągnął ją jeszcze bliżej siebie.
Justin przejechał ręką po twarzy. Jego przyjaciel od kilku miesięcy próbował poderwać Arianę, lecz on nie był po prostu w jej typie, co już wiele razy podkreślała.
Dziewczyna westchnęła głośno i odwróciła się twarzą w stronę chłopaka tak, że prawie stykali się nosami. Nagle, tak szybko, że nikt się nie połapał co się stało podcięła mu nogi, a ten wylądował z hukiem na białym, puszystym dywanie.
- Cztery jeden dla mnie ! Je gagne (z fr. wygrywam) ! - krzyknęła wyrzucając ręce do góry i śmiejąc się głośno jak dziecko.
Justin podszedł do niej i objął ją ramieniem.
- Moja krew - powiedział szczerząc się w stronę rozciągniętego na ziemi chłopaka, który jeszcze nie ogarnął co się właśnie stało.
Wstał powoli i przecierając obolałe ramię, na które upadł, spojrzał na wesołą dziewczynę. Kąciki jego ust mimowolnie powędrowały do góry widząc uśmiech na jej twarzy.
- I tak w następnym miesiącu się wyzeruje - burknął pod nosem z powrotem udając oburzenie - A tak swoją drogą. Dlaczego nie pojechałaś do Marco na wakacje ? - zapytał chcąc zmienić temat - Byłby spokój - dodał z wrednym uśmiechem, na co napotkał mordercze spojrzenie dziewczyny.
- Tata ma ostatnio mnóstwo wezwań i wraca do domu tylko na noc. Co prawda ma przerwę w pracy między piętnastą, a szesnastą, ale nie wraca wtedy do domu tylko wychodzi na miasto coś zjeść. Ustaliliśmy więc, że wakacje spędzę w Projekcie i będę przychodziła do niego, gdy ma przerwę. Wychodzimy wtedy do jakiejś mugolskiej kawiarni lub restauracji. Co prawda profesor Grumble trochę się wkurza, że jak już tu jestem to powinnam więcej trenować i inne takie, ale wiecie jak ona zawsze na wszystko narzeka - odpowiedziała i wywinęła się z uścisku Justin'a - To co ? Ktoś z was wie kogo to torebka ?
Chłopaki spojrzeli po sobie i wzruszyli ramionami.
- My dopiero przyjechaliśmy, ale za chwilę się przekonamy, chociaż przypomina mi to chusteczkę profesora Branda - powiedział ciemnowłosy, pocierając w zabawnym odruchu brodę i ruszył w stronę drzwi, a za nim Ariana i Cameron, który co chwilę zerkał na dziewczynę, jakby obawiając się, że za chwile skoczy na niego ze sztyletem, który (jak wiedział z doświadczenia) schowała w bucie.
- Jak to jakiś nowy nauczyciel to chyba mu przymrożę ręce. Mam już dość treningów. Przecież i tak jesteśmy najlepsi. Jak ten będzie wymagający to obiecuje, że kończynami nie będzie mógł ruszać - powiedział Cameron.
- No tak, bo wszyscy wymagający nauczyciele noszą różowe torebki, przypominające meduzy - powiedziała sarkastycznie dziewczyna.
Jej towarzysze zaśmiali się głośno i otworzyli drzwi, przechodząc do następnego pomieszczenia.
Zatrzymali się jednak w progu z wyrazem zdumienia na twarzach. Znaleźli się w dużym, jasnym salonie utrzymanym w biało-brązowej kolorystyce. Po prawej stronie znajdował się kamienny, biały kominek, na którym stało kilka zwykłych mugolskich zdjęć oraz tych magicznych, przedstawiające całą "Złotą Rangę".
Naprzeciwko niego znajdowała się duża brązowa kanapa gdzie siedziała Astrid z Diego. Na jednym z trzech foteli obok nich leżał stos książek, z których każda posiadała czerwoną okładkę i symbol żywiołu ognia. Przez łuk w ścianie widać było kawałek nowoczesnej, szarej kuchni, wraz z wysepką gdzie siedziała drobna blondynka, na której widok przybyszy wmurowało w ziemię
Pierwsza z szoku otrząsnęła się Ariana i rzuciła się w kierunku niczego nie spodziewającej się dziewczyny, która zajęta jedzeniem niebieskiego, dziwnie bulgoczącego posiłku , przeglądała jakiś magazyn. Krzyknęła z zaskoczenia, gdy poczuła oplatające się wokół siebie ręce, które wyciągnęły ją z krzesła, przerywając posiłek, który (tak swoją drogą) wylądował na ziemi. Jej włosy momentalnie zmieniły kolor na szarawy, lecz po chwili wróciły do swojej naturalnej barwy. Spojrzała na resztki deseru i już miała wybuchnąć co dało się zauważyć po tym, że końcówki jej włosów zmieniły kolor na czerwony, aż do czasu gdy zorientowała się kto ją przytula.
- Ari !!!- krzyknęła i zaśmiała się głośno, zarzucając ręce na ramiona przyjaciółki.
- Sem !!! - odkrzyknęła szatynka żartobliwie, lecz po chwili opanowała się i spojrzała na nią surowym wzrokiem.
- Cher (z fr. droga) Semello Bonté. Tłumacz się ! Nie odpisywałaś na moje listy - powiedziała oskarżycielskim tonem i aby dodać grozy swojej wypowiedzi cofnęła się o krok i wycelowała w nią palcem.
W szafirowo zielonych oczach blondynki dało się wyczytać zdumienie.
- Ale ja żadnego nie dostałam. Chociaż ... - zaczęła i zamyśliła się chwilę - Biorąc to na logikę, to jeśli twoja sowa ma taką orientację w terenie co ty, to nie zdziwiłabym się jakby poleciała do Indii zamiast do domu moich rodziców we Francji.
- Chyba Twojego domu - poprawił ją Diego, który patrzał z politowaniem na bezpodstawne (jego zdaniem) szczęście koleżanki, w końcu kto by się cieszył z zobaczenia tej czarnookiej surykatki.
- Nie prawda. Tu jest mój dom - ucięła krótko, pokazując mu język i zarzucając blond lokami.
W tym samym momencie zauważyła stojących w drzwiach chłopaków i śmiejąc się melodyjnie podbiegła do nich w podskokach. Ucałowała każdego z osobna i powiedziała :
- Jak się cieszę, że was widzę. Mam wam tyle do opowiedzenia. A, właśnie !!! Ari, Goldstein Cię wzywała do gabinetu - dziewczyna spoważniała i spojrzała znacząco w stronę przyjaciółki, która siedząc na wysepce kuchennej, bawiła się jednym ze swoich sztyletów.
Zeskoczyła z blatu i mrucząc coś o "bezguściu tutejszych władz" oraz "braku poszanowania dla prawdziwych artystów" , ruszyła w stronę białych drzwi, po drugiej stronie kuchni i przechodząc obok metalowego kosza, który wydawał dziwne dźwięki przeżuwania, kopnęła w niego pozostawiając małe wgniecenie. Spojrzała jeszcze przez ramię na niespokojną przyjaciółkę i słysząc sarkastyczne :
- Powodzenia - z ust chłopaków, pokazała im trzeci palec i zostawiła ich z rozbawionymi minami, znikając za drzwiami.
Schowała sztylet do paska spodni i obmyślając plan ucieczki, spojrzała na ścianę po lewej stronie od białych schodów ze złotą poręczą. Przymocowane były tam (również) złote tabliczki z różnymi nazwiskami. W końcu znalazła etykietę z wyrytym na niej napisem : Janet Goldstein i dotknęła jej jednym palcem na co ta zaświeciła się. Dziewczyna stanęła na pierwszym stopniu krętych schodów , które stukając cicho uniosły ją do góry. Na jednych z drzwi, które mijała napisano : Profesor Grumble. Dziewczyna uśmiechnęła się na wspomnienie młodej kobiety, z krótkimi, czarnymi włosami i wiecznym grymasem na twarzy, której lekcje przebiegały w "wesołej atmosferze". Co prawda było trochę głośno zważywszy na głośne krzyki nauczycielki, typu : Ty spasiona sklątko ! Nie umiesz uniknąć mojego ognistego lassa ?! Nawet dziecko by to zrobiło ! I to z zamkniętymi oczami ! I jeszcze narzekasz, że powinnam używać niebieskiego ognia ?!
Mimo tego była drugą ulubioną nauczycielką Ariany, ze względu na przedmiot jakiego uczyła. Jest to samoobrona oraz walka wręcz, co jest dziwnym hobby dziewczyny, tak jak rzucanie nożami oraz bawienie się innymi ostrymi narzędziami. Jednak od pojedynkowania się za pomocą broni jest Profesor Thomas Force. Numer jeden na liście ulubionych nauczycieli Ari.
Schody zatrzymały się, a Ariana przygryzła wargę i zapukała cicho do drzwi, na których wyryto nazwisko : Janet Goldstein. Odpowiedziała jej jednak cisza. Odczekała 10 sekund i zapukała ponownie, lecz i tym razem nikt się nie odezwał. W jej sercu zaczęła narastać nadzieja przed wywinięciem się od kary, która niestety prysła z chwilą otworzenia drzwi.
Stała w nich starsza kobieta koło czterdziestki. Ciemno-brązowe włosy związała w luźny kok, a na sobie miała czerwono-złotą szatę.
Mimo widocznego zmęczenia uśmiechała się serdecznie do Ariany, w której sercu zrodziło się poczucie winy. Znała tę kobietę najdłużej z ich ósemki (nie licząc Justin'a). Poznały się bowiem w szpitalu, gdzie przebywała po śmierci mamy.
Badali tam jej umiejętności. Początkowo znajdowała się na otwartym oddziale, gdzie oprócz niej był pięcioletni chłopiec, który urodził się z dziwną wadą genetyczną , która pozwalała mu na oddychanie pod wodą oraz czteroletnią dziewczynką, która umiała przewidywać przyszłość (co prawda niedaleką, bo mogła zobaczyć tylko to co się wydarzy za minutę ). Przeniesiono ją jednak do osobnego pomieszczenia, po tym gdy którejś nocy obudziła się krzycząc, a z jej rąk wystrzeliły pioruny. Nic nikomu się nie stało jednak jej współlokatorzy oznajmili, że nie chcą spać w tym samym pomieszczeniu co osoba, która może w każdej chwili wywołać pożar.
Jedyne co pamięta z tamtego okresu to bezsenne noce, spędzone w samotności. Gdy tylko zamykała oczy pojawiały się przed nią sceny śmierci mamy oraz słyszała śmiech śmierciożercy, któremu udało się uciec z miejsca zdarzenia i znowu wpadała w histerię. Wszystkie metalowe rzeczy zaczynały brzęczeć, jak podczas nadciągania burzy, a z jej rąk co jakiś czas strzelały błyskawice, a jedyną osobą która mogła wtedy nad nią zapanować był jej ojciec.
Z tego stanu wyrwała ją profesor Goldstein, gdy miesiąc od umieszczenia Ariany w szpitalu zaoferowała jej dołączenie do projektu "Magii Żywiołów", który został stworzony przez Ministerstwo Magii dla osób łączących się z żywiołami. Należała wówczas do niego tylko jedna osoba, a mianowicie Justin Night - panujący nad żywiołem powietrza chłopak, z którym od razu się zaprzyjaźniła oraz kilkoro nauczycieli również panujących nad różnymi żywiołami.
Rok szkolny spędzała razem z Justin'em w projekcie gdzie uczyli ich kontrolować moce, a na wakacje mogli wracać do domu. Dopiero dwa lata później doszły do nich słuchy o sprowadzeniu następnych osób, mających podobne moce do nich, które miały nauczyć się panowania nad nimi.
W ciągu następnego roku do projektu wprowadziło się około setki dzieci/młodzieży w wieku od 4 - kiedy to zaczynały pojawiać moce, do 18 lat - gdy uzyskali już pełnoletniość i na pewno umieli kontrolować swoją moc. Każda z tych osób należała do jednego z żywiołów i naprawdę rzadkim zjawiskiem były osoby połączone z dwoma z nich, jednak nie odnosiły za dużych sukcesów w rankingu ze względu na podział koncentracji na dwa żywioły.
Zapytacie pewnie : Co to ten ranking ? Otóż w Projekcie prowadzono pojedynki o to kto najlepiej włada danym żywiołem. Zapisywany był on w głównym holu, gdzie wywieszane były wszystkie najlepsze osoby, którym można było rzucać wyzwania. Są trzy rangi : złota, srebrna oraz brązowa. W żywiole powietrza najlepszymi osobami wygrywającymi nawet z osobami starszymi od siebie o całe 10 lat, są Justin oraz Ariana.
Zapomniałam jeszcze dodać, że istnieją podziały w specjalizacjach żywiołów. W powietrzu jest to: wiatr oraz pioruny. W ogniu : ogień niebieski - zimny, i ogień czerwony - gorący. Ziemia : zmiennokształtność / metamorfagowie oraz zwierzęta / rośliny. Woda : uzdrawianie / kontrola nad ludźmi oraz kontrola nad wodą.
Justin specjalizuje się w wietrze, a Ariana w piorunach. Zawsze byli najlepsi i nie było jeszcze osoby, która by ich pokonała, nawet wliczając w to nauczycieli. Tak, więc tabela powietrza w Złotej Randze nie zmieniła się ani razu od czasu rozpoczęcia projektu. Gdy walczyli między sobą nigdy nie dało się rozstrzygnąć kto jest lepszy.
Rok po dołączeniu do nich tej setki osób, pojawił się Cameron Walsh - ośmioletni blondyn panujący nad wodą oraz Silvia (Silver) Powell - pięcioletnia wodna uzdrowicielka. Miesiąc po nich doszła również Semella Bunte - ośmioletnia dziewczyna panująca nad żywiołem ziemi i specjalizująca się w roślinach i zwierzętach. W ciągu dwóch następnych lat dołączyły do nich następne dwie posiadające potężną moc osoby, a mianowicie Diego Night oraz Astrid Hunt - specjalizujący się w ogniu, a dokładnie Diego w czerwonym, a Astrid w niebieskim. Ledwo rok temu dołączył do nich (wtedy) 16 letni Leon Shapes - który jest zmiennokrztałtny. Wszyscy z nich należą do Złotego Rankingu już od ok. 4 lat (nie wliczając Leon'a) i mają swoje własne mieszkanie, oddzielone od części szkolnej projektu.
Ale wracając do teraźniejszości. Janet Goldstein otworzyła szerzej drzwi i wolnym ruchem ręki zaprosiła Arianę do środka, która mówiąc wesoło :
- Bonjour (z fr. dzień dobry) - weszła do gabinetu.
Jego ściany, którego koloru nie dało się spostrzec przez zastawiające je regały z książkami, tworzyły szeroki, prostokątny pokój. Naprzeciw wejścia znajdowało się biurko, zawalone kałamarzami, samopiszącymi piórami oraz księgami. Inaczej mówiąc : pokój służący za bibliotekę.
Jednak o wiele ciekawsza od całego otoczenia była osoba siedząca przed biurkiem pani Goldstein.
- Dame (z fr. pani) McGonagall ? - zająknęła się Ariana, patrząc z niedowierzaniem na uśmiechniętą kobietę.
Jej siwe już włosy związane były w ciasny kok, a czarna szata (tak drogi słowniku, dla twojej wiadomości szata to nie jest to samo co szafa !) ozdobiona została złotymi nićmi. Okulary usadowione na długim nosie pasowałyby do wizerunku starszej pani, jednak w oczach tej kobiety dało się wyczytać, że jest ona w każdej chwili gotowa wstać (o nie!!!) i ci wpierdzielić.
Prawie zapomniałam wspomnieć, że jest ona dyrektorką Hogwartu oraz najbardziej waleczną starszą panią jaką znam, która jako broń ma nie tylko wyładowaną torebkę, która ma zwabiać dobroduszne osoby, ale również drewniany patyk (yey!!! + 100 do ataku).
Kobieta uśmiechnęła się przyjaźnie do dziewczyny i energicznie wstała, kierując się ku niej. Wyciągnęła rękę w stronę oniemiałej Ariany, która dopiero po dwóch sekundach namysłu zrozumiała, że jej (jakże trudnym) zadaniem jest uściśnięcie dłoni kobiety, co zrobiła z taką determinacją, jakby od tego zależało jej życie.
W końcu zdawszy sobie sprawę z tego co robi wypuściła rękę dyrektorki i spojrzała z zakłopotaniem w jej niebieskie oczy.
- Pardon (z fr. proszę o wybaczenie). Po prostu nie spodziewałam się, że kiedykolwiek panią zobaczę - powiedziała usprawiedliwiająco dziewczyna, czerwieniąc się lekko.
- Nic się nie stało - odpowiedziała przyjaźnie Minerwa i usiadła z powrotem w fotelu, obok biurka Goldstein, która nie wiadomo kiedy przemieściła się z punktu "wejście" do punktu "siedzenie ważnego tyłka" znajdującym w obrotowym fotelu za barykadą z książek (i tak Cię widać !!!)
Dziewczyna siadła obok McGonagall i zmarszczyła brwi w wyrazie skupienia. W końcu, nie mogąc już wytrzymać panującej ciszy, powiedziała :
- Co ja tak właściwie tu robię ?
- No cóż... - zaczęła Janet i spojrzała porozumiewawczo w stronę drugiej kobiety jakby przekazując jej pałeczkę. Minerwa zakasłała nerwowo i spojrzała w niespokojne, brązowe oczy nastolatki.
- Sprowadziłam Cię tu po to byś oznajmiła Złotej Randze, że zezwalam wam na rozpoczęcie nauki u mnie w szkole. W Hogwarcie. - powiedziała, a po twarzy Ariany przewinęły się różne emocje, jednak jedna wyróżniała się najbardziej. Na jej ustach pojawił się ogromny uśmiech, który sięgając, aż oczu upewnił starszą dyrektorkę o słuszności swojej decyzji.
Goldstein zaśmiała się szczerze i patrząc z troską na swoją wychowankę powiedziała wesoło :
- No leć im powiedzieć. Musicie się zacząć pakować. Rok szkolny zaczyna się za miesiąc.
Dziewczyna podbiegła do niej i uściskała ją mocno. Ukłoniła się jeszcze przed McGonagall i wyleciała przez drzwi, gnając w stronę kuchni, gdzie znajdowali się jej przyjaciele.
Myślcie sobie co chcecie jednak wakacje nie znajdowały się wysoko na liście najprzyjemniejszych rzeczy w życiu Ariany. Mówiąc ściślej nie znajdowały się tam wcale. Pewnie uznacie to za dziwne zjawisko. Szesnastoletnia dziewczyna nie lubi wakacji ? - zapytacie. Wyjaśnię wam w skrócie o co chodzi. Gdybyście co roku podczas wakacji musieli siedzieć "sami" w budynku Ministerstwa Magii wśród pracowników, którzy nie mają czasu zamienić z tobą nawet słowa to też byście nie przepadali za tym okresem.
W tej chwili Ariana siedziała w gabinecie ojca gdzie spędzała większość wakacji i czytała książkę. Pokój ten był bardzo przytulny. Brązowa tapeta, głębokie fotele oraz ogromny puszysty dywan sprawiały wrażenie wyjętych z jakiegoś filmu. Cztery pełne półki z księgami dotyczącymi magii żywiołów zdobytych z osobistych zbiorów Ministerstwa Magii, sprawiały wrażenie równie starych co budynek Ministerstwa. Na przeciwko drzwi stało ogromne drewniane biurko usłane różnego rodzaju dokumentami, raportami oraz starymi tomami. Książka, którą dziewczyna trzymała w rękach była w beżowym kolorze, a napis na niej głosił : MOC ŻYWIOŁÓW. MAGIA NATURALNA DLA ZAAWANSOWANYCH - Scott Cunningham. Ariana patrzała na nią z irytacją malującą się na twarzy. Przewróciła powoli kartkę jakby obawiając się co tam znajdzie i po przeczytaniu pierwszego zdania jej wyraz twarzy zmienił się ze zdziwionego w (lekko mówiąc) wściekły. Poderwała się ze złością na nogi i rzuciła książkę w stronę sufitu. Niczym pantera schyliła się szybko i z nogawki czarnych spodni wyjęła sztylet i rzuciła nim celnie w sam środek książki przyszpilając ją do sufitu. Opadła znowu na miękki fotel jakby to co przed chwilą zrobiła było najnormalniejszą rzeczą pod słońcem i napiła się herbaty. - Merlinie widzisz i nie grzmocisz... Czego ci mugole nie wymyślą - mruknęła pod nosem, odkładając na bok kubek, na którym pochyłym pismem napisano : Wróżbiarstwo jest jak dobra impreza! Nikt nie ogarnia .... Wstała i odeszła na środek pokoju gdzie było dosyć miejsca na ćwiczenie. Odwróciła się twarzą do drzwi, nad którymi wisiała tarcza z przyczepionymi do niej dwoma czarnymi sztyletami w samym środku koła, praktycznie nachodząc na siebie. Teraz zapewne uznacie, że jest niestabilna umysłowo. No cóż ... spodziewałam się tego. Ale uspokoję was. Wszystko z nią w porządku .... No może oprócz tego, że jej hobby to zabawa nożami i latanie do góry nogami na miotle.
Poprawiła swoje ciemnobrązowe proste włosy, przerzucając je na jedno ramię, aby nie zawadzały. Prawą rękę wyciągnęła przed siebie w stronę jednego ze sztyletów. Acciosztylet - powiedziała w myślach na co nóż tkwiący w tarczy poruszył się lekko, lecz nie poleciał w stronę Ariany. Westchnęła i w skupieniu ściągając brwi powtórzyła w myślach : Accio sztylet. Znowu przedmiot poruszył się lekko, lecz złośliwie nie poleciał w stronę swojej właścicielki, która wkurzona wyciągnęła obydwie ręce w stronę tarczy i spojrzała z uporem na dwa ostrza. Accio noże -krzyknęła w myślach. Zwinnie złapała dwa noże lecące w jej stronę z zawrotną prędkością, gdy ku swojemu zdumieniu usłyszała cichy świst powietrza za sobą. Instynktownie zrobiła unik, uskakując w bok. W miejscu gdzie przed chwilą była jej głowa tkwił jeden z trzech sztyletów. Zapytacie : trzech ? Ta ... ,a co trzymało książkę ? Po pokoju rozległ się odgłos uderzenia o ziemie. - WY CHCECIE MNIE ZABIĆ !!!- krzyknęła na sztylety. Niestety nie odpowiedziały jej i chociaż ta kłótnia mogłaby być ciekawa to jednak pomyślcie. Kłótnia między sztyletami, a czarodziejką. Nie, nie, nie.... To nie zakończyłoby się dobrze. Mrucząc pod nosem zebrała broń i usiadła wygodnie w fotelu. Podniosła z ziemi czarny plecak i wyjęła z niego oliwkę do noży i zaczęła smarować ostrza. Po jakimś czasie uzyskawszy pożądany efekt, odłożyła broń na stolik i wstała powoli z fotela. Spojrzała na zegarek stojący na biurku. Wskazywał godzinę 12:58. Jeszcze dwie godziny - jęknęła w myślach.
Wzięła do ręki jeden ze sztyletów i rzuciła nim w sam środek tarczy nad drzwiami, a następnie sięgnęła ręką do kostki gdzie przymocowana była uprząż na broń. Ścieśniła ją i włożyła do niej jedno ostrze, które schowało się w spodniach. Wzięła do ręki drugą z broni i podniosła koszulkę ukazując pasek z dwoma mocowaniami Włożyła tam drugi sztylet i klęknęła przy plecaku szukając uprzęży na trzeci nóż. Po chwili grzebania i wyciągania po kolei różnych rzeczy jakie można znaleźć w torebce kobiety westchnęła z irytacją i wstała otrzepując się z niewidocznego kurzu. Jej wzrok powędrował w stronę różdżki leżącej na biurku ojca. Wzięła ją do ręki i przyczepiła do uprzęży na talii obok noża.
Podeszła do biurka i wzięła do ręki pióro oraz pergamin. Naskrobała na nim to co zwykle czyli : ''Idę na zwiady'', i ruszyła w stronę drzwi. Złapała za klamkę i spojrzała jeszcze tęsknie w górę na trzecie ostrze wbite w środek tarczy.
Otworzyła drzwi i wyszła na pusty korytarz. Zwykle o tej godzinie aurorzy są na misjach lub w pokoju spotkań gdzie ustalali wspólnie plany. Nie, nie umawiają się tam na żadne randki !!! O czym wy myślicie ?! Nawet nie próbujcie wciskać mi kitu, że wy o tym nie myśleliście.... Chodziło mi o to, że omawiają plan akcji, jak kogoś aresztować i inne tego rodzaju rzeczy. Ariana obróciła się w lewą stronę i ruszyła szybko długim korytarzem w stronę wyjścia. Po drodze nie spotkała nikogo, no w każdym razie, aż do drzwi prowadzących na korytarz drugiego piętra Ministerstwa Magii. "Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów" - tak głosił napis nad wejściem do windy, z której wyszło trzech czarodziejów tak zajętych rozmową, że nie zauważyli Ariany. - Ależ Beniaminie - mówił najwyższy z nich - nie możemy tak tego zgłosić. Najpierw potrzebujemy od ciebie raportu. Czy byli tam jacyś świadkowie ? - Oczywiście ! - wykrzyknął łysiejący facet w fioletowej szacie, grzebiąc jedną ręką w czarnej torbie. - Tu to mam. Relacje świadków i samej poszkodowanej. Dalej leży w Mungu od kiedy ten naszyjnik prawie ją udusił - dodał smutnym głosem wyciągając rękę pełną papierów w stronę rudowłosego czarodzieja - Mam nadzieje, że szybko prześlesz to do aurorów Arturze, bo nie wiem do czego to może jeszcze dojść. - Widzę, że to poważna sprawa, ale najpierw muszę dostać raport oraz akta sprzedawcy. Przynieś mi to do mojego biura i ... - mówił dalej pierwszy z nich wręczając dokumenty małomównemu koledze i znikając wraz z nimi w podwójnych drzwiach. Napis na nich głosił : Biuro Wykrywania i Konfiskaty Fałszywych Zaklęć Obronnych i Środków Obrony Osobistej. Ariana spojrzała z nadzieją w stronę windy, lecz jej drzwi zamknęły się gdy wypuściła czarodziejów i pojechała dalej. Dziewczyna westchnęła z rezygnacją i podeszła nacisnąć przycisk wzywający windę. Jednak nim jej palec dotknął złotej tabliczki krata drugiej windy rozsunęła się z hukiem. Wypadło z niej pięć osób lądując pod stopami Ariany.
Dziewczyna podniosła z politowaniem brwi i założyła ręce na piersi.
- Aż tak za mną tęsknicie ? - zapytała z błyskiem rozbawienia w oczach.
Pierwszą osobą, która otrząsnęła się z szoku po bliższym spotkaniu z podłogą był przystojny czarnowłosy chłopak. Podniósł się szybko z ziemi i wyciągnął rękę w stronę dziewczyny z ognistoczerwonymi włosami. Pomógł jej wstać i podszedł do małej dziewczynki również z zamiarem pomocy. Spojrzała na niego z olśniewającym uśmiechem i pozwoliła się podnieść. W tym samym czasie dwóch innych chłopaków zebrało swoje cztery litery z ziemi i stanęli wyprostowani obok siebie. Stali tak przez chwile i w tym samym momencie spojrzeli na siebie z tajemniczym uśmiechem na twarzy. Rzucili się w stronę Ariany, która czując co się święci sięgnęła ręką do paska wydobywając sztylet i celując nim w dwóch chłopaków. Zamarli w półkroku i z oburzeniem wymalowanym na twarzach spojrzeli na dziewczynę. Przewróciła oczami i westchnęła głośno.
- Ty Justin - powiedziała wskazując sztyletem na chłopaka z ciemnymi włosami i prawie czarnymi oczami - Odłóż tą farbę.
- Ale ja nie ... - zaczął, lecz Ariana mu przerwała szybko.
- Masz niebieską plamę na koszuli.
Chłopak zaklął cicho i sięgnął powoli do kieszeni wyjmując z niej niebieską tubkę. Spojrzał wyczekująco w stronę dziewczyny, lecz ta patrzała w niebieskie oczy drugiego chłopaka, najwyraźniej na coś czekając. Justin westchnął przeciągle i przeciągnął ręką po krótkich włosach.
- Posłuchaj. Może jednak zmienisz zdanie.
- Taa. Jasne. Na pewno dam się oblać farbą. I to w dodatku w Departamencie Przestrzegania Prawa - odpowiedziała podkreślając dwa ostatnie słowa i przewracając oczami.
Na te słowa Justin mrugnął porozumiewawczo do drugiego chłopaka i szybko odkręcił zakrętkę farby i rzucił nią w jego kierunku. Wyrzucił ręce przed siebie, wywołując silny podmuch wiatru, który wyrwał Arianie nóż z ręki. Spojrzała na niego wzrokiem bazyliszka. W tym samym czasie kolega Justin'a złapał tubkę z farbą i położył na lewej ręce, a drugą kreślił w powietrzu dziwne zawijasy. Niebieska farba powoli zaczęła wylatywać z opakowania i oplotła się wokół ręki, którą machał. Gdy cała farba wypłynęła z tubki chłopak rzucił opakowanie w stronę czerwonowłosej dziewczyny, która zręcznie je łapiąc cicho powiedziała :
- Myślałam, że zmądrzałeś Cameron. Przecież i tak z nią przegracie. Tak jak zwykle.
Ariana spojrzała w jego stronę i uśmiechnęła się tajemniczo. Stanęła w swobodnej pozie i patrzała to na Justin'a to na Cameron'a. Nagle zaśmiała się i skoczyła w kierunku Justin'a podcinając mu nogi. Jęknął i spojrzał ze zdumieniem na przyjaciółkę, która już była dwa metry od Cameron'a. Podniosła dłoń do ust i udając, że przesyła mu buziaka zamroziła farbę, oplecioną wokół jego ręki. On również upadł na ziemię pod ciężarem zamrożonej wody. Widownia składająca się z ich przyjaciół zaczęła się śmiać z nich i klaskać w stronę Ariany, która ukłoniła się żartobliwie i wyciągnęła rękę w stronę Justin'a z zamiarem pomocy, który ujął ją i pociągnął w dół . Dziewczyna straciła równowagę i runęła na chłopaka. Wszyscy patrzeli na to z rozbawieniem. No cóż biorąc pod uwagę, że zachowywali się tak zawsze to nikogo to nie dziwiło.
Justin wstał powoli z ziemi i dalej śmiejąc się wyciągnął rękę w stronę Ariany, która patrzała na niego z rozbawieniem w oczach. Przeniosła swoje spojrzenie na Cameron'a. Aktualnie tarzał się po ziemi i trzymając się za brzuch płakał ze śmiechu. Gdy udawało mu się przestać znowu jego wzrok wędrował do zamarzniętej farby, owiniętej wokół jego ręki i na nowo zaczynał się śmiać. Powoli podeszła do niego jasnowłosa dziewczynka i uśmiechając się pod nosem pomogła mu wyciągnąć rękę z tego "rękawa". - Dzięki Silver - powiedział do dziewczynki używając jej przezwiska, gdy z uwagą badała jego rękę pokaleczoną w kilku miejscach po zderzeniu z ostrą krawędzią lodu. - Nie ma sprawy - odpowiedziała wesoło i spojrzała w kierunku ognistowłosej dziewczyny. - Astrid podasz mi moją torbę ? - zapytała. Dziewczyna rozejrzała się uważnie i już chwilę później trzymała w ręce czarną, materiałową torbę pooblepianą różnymi kolorowymi naklejkami. Położyła ją obok Silver i ponownie wycofała się pod ścianę obok czarnowłosego chłopaka gdzie po cichu zaczęli o czymś rozmawiać. Silver zajrzała do torby i chwilę później trzymała w ręce butelkę z wodą. - Silvia. Przecież to tylko draśnięcie - powiedziała Ariana zbliżając się do dziewczynki i Cameron'a. - Wiem, ale Goldstein mówiła, że mam korzystać z każdej okazji, żeby ćwiczyć swoją moc jak chce zostać uzdrowicielką - odpowiedziała spokojnie Silver i odkręciła butelkę podając ją Arianie. - Potrzymasz ? - zapytała na co Ariana skinęła głową. Dziewczynka podniosła ręce do góry i każąc Cameron'owi się nie ruszać zaczęła kreślić w powietrzu różne zawijasy. Woda wypłynęła z butelki i unosząc się w powietrzu podleciała do rąk Silver, zatoczyła nad nimi koło, a następnie owinęła się wokół ręki Cameron'a. Silvia przymknęła na chwile powieki, a następnie otworzyła je. Z jej tęczówek bił dziwny blask sprawiając, że jej zwykle szaroniebieskie oczy wydawały się srebrne i jakby świeciły. W tym samym momencie woda również zabarwiła się na srebrno i zaczęła dziwnie błyszczeć. Wszystko to wyglądało pięknie. Jakby woda zamieniła się w płynne światło. Po ok. dziesięciu sekundach bezruchu Silver (teraz wiecie skąd to przezwisko) zamrugała, a woda znowu straciła kolor tak jak jej oczy wracając do poprzedniej barwy. Zmarszczyła z wysiłku brwi i rozkazała wodzie wrócić do butelki dalej trzymanej przez Arianę. Cameron spojrzał na swoją rękę, na której nie widać było ani jednego zadrapania. - Dzięki Siv - podziękował i uśmiechnął się do dziewczynki promiennie, na co ona zarumieniła się lekko i wstała otrzepując białą spódniczkę. Wyglądała bardzo słodko mimo 13 lat. Dużo razy słyszała, że przypomina porcelanową lalkę z idealną fryzurą i uśmiechem aniołka. Tylko jej niebieskie dziwnie błyszczące oczy nie pasowały do tego wizerunku. Oczywiście nie mówię o chwilach, w których używała mocy, bo nigdy nie zdarzyło się, aby ujawniła ją nieznajomym, tak samo jak jej przyjaciele. Poprawiła różowy sweterek, otrzepała białą spódniczkę i podeszła do Astrid wyciągając rękę i czekając na zwrot torby.
- Dziękuje - powiedziała gdy odebrała swoją własność i oparła się o ścianę obok czarnowłosego chłopaka.
- Dobra. A teraz tak na serio - powiedziała poważnie Ariana - Co tu robicie ? Diego znowu potrzebujesz wycisku ? - zapytała ze złośliwym uśmiechem patrząc na czarnowłosego chłopaka.
Jego mina na te słowa ze spokojnej zmieniła się na wściekłą, a w jego czarnych do tej pory oczach pojawiły się czerwone iskry. Zacisnął dłonie w pięści i odepchnął się od ściany. Już miał iść w stronę Ariany, lecz powstrzymała go mała blada dłoń łapiąc go za czerwoną koszulę. Spojrzał w tą stronę już chcąc strącić rękę, lecz zobaczył wpatrujące się w niego niebieskie oczy Siv.
Westchnął przeciągle i oparł się z powrotem o ścianę prychając pod nosem i patrząc spode łba na śmiejącą się Arianę. - Świetnie. Ona tylko próbowała mnie wyprowadzić z równowagi - warknął. Astrid zaśmiała się, po raz pierwszy od jakiegoś czasu dając znać o swojej obecności. Wszyscy spojrzeli na nią ze zdziwieniem, gdyż jej śmiech był rzeczą rzadko spotykaną. - Na co się tak gapicie ? - warknęła czerwieniąc się lekko. - Czy ty się zarumieniłaś ? - zaczął się śmiać Cameron, który stał teraz obok Justin'a podpierając się na nim aby nie wywrócić się ze śmiechu. - Jak Ci za chwilę przywalę to nie będzie Ci do śmiechu - odpowiedziała mu i podniosła lewą rękę zaciskając ją w pięść. W jednej sekundzie zajęła się niebieskim ogniem. Dziewczyna już miała podejść do chłopaka gdy ktoś zakrył jej palącą się dłoń własną ręką. Spojrzała ze złością w oczy Diego, w którego tęczówkach widać było teraz czerwone iskierki. Wziął swoją rękę i włożył do kieszeni patrząc na wszystkich znowu czarnymi oczami. - Koniec kłótni jasne ? Obiecałem Goldstein, że doprowadzę was żywych do projektu -powiedział ze złością patrząc po wszystkich, a jego wzrok zatrzymał się na Arianie, która obecnie prezentowała mu swój język. - Chociaż ... - zaczął patrząc z nadzieją w stronę Astrid, lecz ta tylko pokręciła głową i złapała go za rękę ciągnąc w stronę wind. Westchnął ciężko i podążył za nią. Weszli do jednej z "kabin" razem z Silver i znając zwykły rytuał pojechali sami by nie zwracać uwagi, gdyby natknęli się na kogoś w Departamencie Tajemnic. Gdy krata zasunęła się za nimi Ariana odetchnęła z ulgą i przytuliła się do James'a i Cameron'a.
- Tęskniłam za wami - powiedziała i odsunęła się z powrotem - A gdzie reszta ? - zapytała patrząc na James'a jakby to on był temu winien.
- Co na mnie patrzysz ? - zapytał z oburzeniem na co Cameron wybuchnął śmiechem.
- Ja nic nie zrobiłem ...
- Tym razem - równocześnie dokończyli za niego Cameron i Ariana i śmiejąc się ruszyli w stronę windy, a za nimi poczłapał Justin z obrażoną miną. Weszli do niej i gdy Cameron wraz z Justin'em obserwowali czy nikt nie idzie (taki nerwowy odruch) Ariana dotknęła złotej tabliczki z napisem Departament Tajemnic. Krata zasunęła się z hukiem i winda zaczęła zjeżdżać szybko w dół, co jakiś czas skręcając. Chwile później winda otworzyła się ukazując długi, mroczny korytarz bez jakichkolwiek drzwi, czy okien, a kobiecy głos oznajmił : - Departament Tajemnic Ariana ruszyła pewnym krokiem przed siebie, a za nią niczym obstawa ruszyli chłopcy. Szli w milczeniu woląc nie zwracać na siebie uwagi Niewymownych* pracujących za ścianą. Pewnie zapytacie : Jak to za ścianą ? Otóż ten przeciętnie wyglądający korytarz skrywał sekret. Nie, nie. Nie mówię o tych ciemnych drzwiach na końcu korytarza. Chodzi raczej o te wszystkie drzwi poukrywane w jego ścianach. Każda cegła znajdująca się w tym korytarzu nie jest tu bez przyczyny. Niektóre uruchamiają pułapki, a inne otwierają ukryte drzwi, które prowadzą do różnego rodzaju laboratoriów, w których badają najbardziej tajne z dziedzin magii. Ariana jako jedyna spoza grona Niewymownych zna wszystkie pomieszczenia na pamięć i umie się odnaleźć nawet w pokoju znajdującym się za czarnymi drzwiami obok, których się zatrzymali. Jednak zamiast otworzyć je Ariana machnęła ręką na chłopaków, którzy stanęli przodem do odległych, lecz dalej widocznych krat, wypatrując, czy ktoś nie nadchodzi. Dziewczyna natomiast kucnęła przy ścianie po lewej stronie od drzwi i przycisnęła do jednej z cegieł naszyjnik z zawieszką. Zaświeciła się jakby skanując naszyjnik i po chwili mur zaczął dziwnie falować jak tafla wody poruszona przez wiatr, aż w końcu zniknęła całkowicie ukazując białe drewniane drzwi ze srebrną tabliczką : Projekt - Magia Żywiołów; dyrektor naczelny : Janet Goldstein. Ariana odetchnęła głośno i stuknęła chłopaków w ramiona oznajmiając tym, że można wchodzić.
- No to wchodzimy - szepnęła i nacisnęła klamkę otwierając szeroko drzwi.
Naszyjnik Ariany
*Niewymowni - czarodzieje pracujący w Departamencie Tajemnic;
nie mogą nikomu zdradzać tego nad czym pracują.
- Mamusiu, czy mogę ci pomóc ? - usłyszałam w ciemności głos
dziecka, którego echo jeszcze przez chwile odbijało się od niewidocznych ścian pomieszczenia.
- Ależ oczywiście skarbie - odpowiedział ciepły i melodyjny głos
kobiety, który wydał mi się dziwnie znajomy.
Nagle w oddali coś rozbłysło słabym światłem. Przyzwyczajona do
ciemności zmrużyłam oczy. Poczułam jak lekki wiatr otarł się o moje kostki jakby zachęcając do ruszenia się z miejsca. Stawiając ostrożnie stopy podążyłam w
stronę dziwnego światła, zawieszonego gdzieś nad niewidoczną podłogą.
Gdy zbliżyłam się trochę, do moich uszu dobiegły odgłosy melodyjnego ćwierkania ptaków i szum wiatru, szeleszczącego liśćmi. Zafascynowana coraz szybciej szłam przed siebie nie zwracając uwagi na otoczenie i chcąc jak najszybciej dotrzeć do źródła dźwięków.
Światło przybliżało się powoli gdy biegłam w jego kierunku i kilkanaście sekund później stałam już przed dużymi metalowymi drzwiami, spod których wydobywało się słabe światło.
Po obejściu ich wkoło stwierdziłam, że nie umieszczone były w żadnej ścianie. Po prostu wisiały w powietrzu. Ich rama ozdobiona została różnymi sylwetkami. Na samej górze pośrodku widać było trzy osoby : dziecko oraz dwójkę dorosłych trzymających je za rękę. To pewnie rodzice dziecka - pomyślałam.
Wokół drzwi owinięty został żelazny łańcuch prowadzący do metalowej kłódki, która umieszczona została w miejscu gdzie powinna znajdować się klamka. Wiedziona dziwnym przeczuciem przesunęłam palcem po dziwnym niezrozumiałym dla mnie znaku na jej powierzchni i ku mojemu zdziwieniu kłódka zamieniła się w srebrną klamkę, a łańcuchy zniknęły stopniowo zamieniając się w biały dym.
Pociągnęłam za klamkę, a drzwi nie wydając żadnego dźwięku otworzyły się przede mną, ukazując werandę małego drewnianego domu. Mimo zadaszenia oblana była ciepłym słońcem, a zielony kolor liści w lasku za domem i zapach kwiatów z wielkiego ogródka obok płotu zdradzał wiosenną porę roku. Na
środku tarasu stał stół otoczony krzesłami. Wszystko włącznie z
werandą wykonano z tego samego ciemnego drewna, a jedna jej strona
porośnięta została przez bluszcz. Niczym w transie podeszłam do
stołu z przyzwyczajenia zamykając za sobą drzwi. Przejechałam ręką po jego powierzchni, oglądając wyżłobione w nim niewielkie serce.
Poznawałam to miejsce. Był to mój stary dom, z którego zabrano mnie do Projektu po śmierci mamy. Wzdrygnęłam się na wspomnienie wydarzenia mającego miejsca w ogródku za porośniętą bluszczem ścianą. Ale przecież u mnie w domu nie było ani jednych metalowych drzwi. Obróciłam się szybko i zmarszczyłam brwi, gdy nie zauważyłam poszukiwanego obiektu. Rozejrzałam się uważnie i
zobaczyłam, że obok miejsca, z którego jak sądziłam wyszłam, stały przeszklone drzwi otoczone białą ramą oraz dwoje białych okien, kontrastujących na tle ciemnego drewna.
Wyciągnęłam rękę w stronę klamki chcąc wejść do środka, lecz ku mojemu przerażeniu dłoń przeniknęła przez nią. Nie poczułam nic. Jakby moja ręka przeszła przez powietrze. Szybko cofnęłam się i uważnie obejrzałam ją, lecz nie znalazłam nic nadzwyczajnego. Przecież Goldstein mówiła, że nie da się przenikać przez rzeczy materialne. Chyba, że jest się duchem ... - pomyślałam, lecz odrzuciłam szybko od siebie tę myśl. Zamyśliłam się i przypomniałam sobie jeszcze coś co powiedziała mi kiedyś pewna pani. - Czasem podróżujemy po swoim własnym umyśle. Czasem przypomnimy sobie jakieś wydarzenia, a innym razem szukamy ukojenia we własnych wspomnieniach. A więc to wspomnienie - pomyślałam i uśmiechnęłam się pod nosem z własnej głupoty. Czując jak
moje serce się uspokaja spojrzałam na przeszklone drzwi i przeniknęłam przez nie do czystego i
przestronnego pomieszczenia.
Po swojej prawej stronie miałam część
kuchenną, a po lewej część jadalną pokoju. Podeszłam do lodówki, na której
za pomocą magnesów poprzyczepiane zostały kolorowe rysunki oraz trzy
poruszające się zdjęcia.
Zawsze wieszałam tu zdjęcia razem z tatą. To był taki nasz kącik wspomnień. Na pierwszym ze zdjęć byłam czteroletnia ja. Siedziałam na ławce w parku z kolorowym
lodem i z bananem na twarzy machałam do obiektywu aparatu. Moje proste, brązowe włosy powiewały na lekkim wietrze. Obok mnie leżał mały czekoladowy labrador z piłką między zębami.
Popatrzałam na drugie zdjęcie i znowu widać
było na nim mnie wraz z moim tatą wokół, którego latałam na dziecięcej miotełce. Scena ta odgrywała się w naszym ogródku. Na twarzy
taty widać było przerażenie pomieszane z dumą gdy wzleciałam wysoko do góry i zwisałam
głową w dół zaczepiona tylko nogami. Już wtedy lubiłam akrobacje na miotle.
Spojrzałam na ostatnie ze zdjęć. Przedstawiało ono moją mamę pochylającą się nade mną, gdy przyglądałam się roślinie. Złote
włosy okalające jej twarz układały się w naturalne fale i spływały
po ramionach mojej rodzicielki. Była piękna. Idealny nos, idealne usta i brązowe
wesołe oczy. Zawsze mówiono, że urodę odziedziczyłam po niej, lecz ja
nigdy nie widziałam podobieństwa nie licząc tych samych czekoladowych oczu i jasnej cery. Śmiejąc się mówiła mi co mam robić. Na mojej
twarzy widać było skupienie i determinacje.
Pamiętam tamten dzień. Wtedy mój tata oznajmił, że może jednak nie panuje nad żywiołem ziemi, więc ćwiczyłam cały dzień, aż w końcu udało mi się namówić roślinę aby oplotła kijek, który jej wskazałam. Pamiętam dumę na twarzy mojej mamy, gdy zobaczyła pierwszy kwiat wyhodowany przeze mnie. Oczywiście była to biała róża, czyli ulubiony kwiat mojej mamy. Ona zawsze miała rękę do roślin, a ja w tej dziedzinie byłam beznadziejna...
Przyglądnęłam się mojej mamie. Jej wesołemu spojrzeniu i uśmiechowi, który dla mnie wart był milion dolarów. Jak wiele bym dała żeby Cię jeszcze zobaczyć - pomyślałam a po moim policzku spłynęła samotna łza.
Nagle za moimi plecami usłyszałam trzask zamykanych drzwi i odgłosy kroków. Odwróciłam się szybko i w odruchu przeszukałam kieszenie w poszukiwaniu różdżki, lecz nie znalazłam jej tam. Usłyszałam w głowie kolejne słowa mojej nauczycielki : Zawsze bądź przygotowana na najgorsze. Nie wiadomo do czego jeszcze posuną się śmierciożercy, by przekabacić Cię na swoją stronę.
Spojrzałam w stronę przeszklonych drzwi, zza których słychać było kroki. Przygotowana na walkę stanęłam w lekkim rozkroku i wyciągnęłam przed siebie ręce mierząc w szybę.
Drzwi uchyliły się powoli, a do pokoju weszła ostatnia osoba jaką spodziewałabym się zobaczyć. Złote włosy powiewały za moją mamą, która nie zauważając mnie podeszła do stolika po drugiej stronie pomieszczenia i położyła na nim trzy białe róże z naszego ogrodu. Włosy jak zwykle zostawiła rozpuszczone, a delikatny makijaż
podkreślał jej idealne rysy twarzy. Miała na sobie białą sukienkę w
kolorowe kwiaty. Tą sama, którą miała gdy do naszego domu dostali się
śmierciożercy. Poczułam jak moje serce pęka i po moich policzkach zaczęły się toczyć łzy.
- Mamo... ? - wykrztusiłam próbując zwrócić jej uwagę, lecz
mnie nie usłyszała. Przeszła obok mnie jakbym była powietrzem i podeszła do jednej z szafek stojących niedaleko lodówki. Wyciągnęła z niej wazon i po nalaniu do niego wody wróciła do stołu. Powoli włożyła do niego kwiaty i uśmiechając się pod nosem spojrzała na nie wesołym wzrokiem.
W tym samym momencie od strony klatki
schodowej dobiegły dźwięki tupania małych stóp. Do pokoju wpadła
sześcioletnia wersja samej mnie z rękami umazanymi farbami i uśmiechem
tak szerokim, że nie wiem jak zmieścił się na mojej również brudnej
twarzyczce. Wymachiwałam w stronę mojej mamy kartką i z dumną miną
krzyknęłam :
- Skończyłam !!!
W tym samym momencie usłyszałam pisk i zamknęłam oczy z bólu, który
eksplodował w mojej głowie. Straciłam panowanie nad nogami i runęłam
na ziemie gdzie zwijałam się z bólu. Minutę później pisk jak się
pojawił tak szybko zniknął. Otworzyłam ostrożnie oczy obawiając się
kolejnej eksplozji w mojej głowie, lecz ta nie nastąpiła.
Zobaczyłam
przed sobą krótką rączkę w zielonym sweterku wymachująca kartką z
niebieskim napisem z brokatu "Dla najlepszego dziadka". Już
wiedziałam co się za chwile stanie. Spanikowana spróbowałam się wydostać ze wspomnienia, lecz ku mojemu jeszcze większemu przerażeniu nie mogłam nic
zrobić. Nie mogłam nawet zamknąć oczu uwięziona w ciele sześciolatki,
nie domyślającej się co się za chwile wydarzy i krzyczącej dzięcięcym głosem :
- Skończyłam!
Mama uśmiechnęła się wesoło i odebrała ode mnie kartkę.
- Dla najlepszego dziadka - zaczęła czytać.
Spojrzała na mnie jakby
pytając się czy czytać dalej, na co z uśmiechem cały czas przylepionym
do twarzy, machnęłam głową na potwierdzenie.
Widząc moją zgodę przewróciła kartkę i swoim pięknym melodyjnym
głosem zaśpiewała moją ulubioną piosenkę z dzieciństwa zapisaną na
karcie laurki. Laurka po dwóch wersach milczenia ku zdumieniu mojej mamy
zaczęła wraz z nią śpiewać moim głosem piosenkę.
- L’âme en peine
Il vit mais parle à peine
Il l'attend devant cette photo d'antan
Il, il n'est pas fou
Il y croit c'est tout
Il la voit partout
Il l'attend debout
Une rose à la main
À part elle il n'attend rien
Rien autour n'a de sens
Et l'air est lourd
Le regard absent
Il est seul et lui parle souvent
Il, il n'est pas fou
Il l'aime c'est tout
Il la voit partout
Il l'attend debout
Debout une rose à la main
Non, non plus rien ne le retient
/tłumaczenie/
Cierpiąca dusza
żyje, ale niewiele mówi
On na nią czeka przed tą fotografią
nie jest szalony
On w to wierzy, to wszystko.
widzi ją wszędzie
On na nią czeka stojąc
Z różą w dłoni
Oprócz niej nie czeka na nic
Nic wokół nie ma sensu
A powietrze jest ciężkie
Nieobecny wzrok
On jest sam i często z nią rozmawia
nie jest szalony
On ją kocha, to wszystko,
widzi ją wszędzie
On na nią czeka stojąc
Stoi z różą w dłoni
Nie, nie, już nic go nie trzyma.
Piosenka tą wybrałam specjalnie dla mojego dziadka, ponieważ jego żona
umarła miesiąc przed moimi piątymi urodzinami. Od tego czasu nie był
sobą. Ciągle był smutny, ale jego pomarszczona twarz nie okazywała
żadnych emocji. Dla mnie stał się oschły i zimny jednak dalej go kochałam mimo, iż nigdy już nie
usłyszałam jego śmiechu.
Zasłuchana w głos mojej mamy zapomniałam o
tym gdzie jestem i że powinnam uciekać przed przeszłością. Mama odłożyła na stół
laurkę dalej śpiewającą moim głosem ostatni refren. Ukłoniła się
przede mną i podając mi rękę zapytała :
- Czy mogę prosić do tańca ?
Mimo woli wybuchnęłam dziecięcym śmiechem i złapałam moją mamę za rękę.
Zaczęłyśmy się powoli obracać. Wszystko zdawało się być nasycone
kolorami. Nawet ściany lśniły swoim blaskiem ciesząc się
tą chwilą. Mama zaśmiała się i podrzuciła mnie w górę.
Nagle
usłyszałam huk zatrzaskujących się drzwi na klatce schodowej, który
wydał mi się tak nierealny, że nie zwracałam na niego uwagi ciesząc
się z odzyskania mamy. Mojej mamy...
Na schodach rozległ się tupot ciężkich butów i chwile później do pokoju
wbiegł mój tata z i z przerażoną miną powiedział :
- Dowiedzieli się. Śmierciożercy tu idą.
Moja młodsza wersja, w której ciele dalej byłam uwięziona wydała z siebie
zduszony krzyk przerażenia. Mama wzięła mnie spokojnie na ręce i
spojrzała mi głęboko w oczy.
- Ariana. Posłuchaj mnie uważnie. Cokolwiek się teraz stanie pamiętaj,
że kochamy Cię ponad życie. I nie bój się. Będzie dobrze.
Strach sparaliżował mój umysł wiedząc na co za chwilę będę
patrzeć.
-Mère (z fr. mama) czy to nie oni zabili babcię? - zapytałam drżącym głosem.
Kobieta spojrzała poważnie na córkę.
- Kto Ci tak powiedział ?
- Dziadziuś mówił, że trzeba było mnie oddać to może by nie zabili babci. Był zły.
Mama spojrzała z szokiem wymalowanym na twarzy na swojego męża. On
również się tego nie spodziewał.
- Zdradził nas... - wyszeptał.
Usłyszeliśmy huki dochodzące zza zamkniętych drzwi. Mama pospiesznie
złapała mnie za rękę i pociągnęła na werandę. Tata podążył za nami
trzymając w ręce różdżkę i cały czas oglądając się w stronę drzwi
wejściowych.
Zdążyliśmy wyjść do ogródka gdy poczułam, że ktoś
zasłania mi buzię, łapie mocno za ramiona. i odciąga mnie z dala od rodziców. Na twarzy mojego ojca widać było przerażenie
i wściekłość. Stojąca obok niego mama dalej miała spokojna minę, lecz
jej oczy również zdradzały strach.
- To ta wasza córeczka ? - usłyszałam pytanie dobiegające gdzieś z
mojej prawej strony. Chwile później w zasięgu mojego wzroku pojawiła się
zakapturzona postać. Postać przechadzała się w poprzek podwórka tworząc miedzy
moimi rodzicami a mną granicę. Nagle zatrzymała się i patrząc na mojego tatę zaśmiała się szyderczo.
- Co Marco ? Czyżbyś bał się o małą ? O to nie musisz się martwić.
Będzie nam potrzebna. Słyszałem o jej umiejętnościach. Niestety jesteś
marnym nauczycielem Marco. Ja będę dla niej lepszym ojcem - zaśmiał się szyderczo i spojrzał w stronę mojej mamy - A jeżeli
chodzi o ciebie droga Mario, to cóż chyba nie muszę Ci tego
uświadamiać, że mimo iż jesteś świetną czarownicą musimy Cię
zabić z powodu twojej szlamowatej krwi...
Patrzałam na ojca, którego twarz z każdym słowem śmierciożercy
robiła się coraz bardziej czerwona. W końcu podniósł różdżkę i
sprawnym ruchem rozbroił przemawiającego śmierciożerce i tego który
trzymał mnie. W tej samej chwili moja mama również zareagowała i
rozbroiła dwóch następnych stojących między drzewami.
Gdy mój tata rozbrajał innych
pojawiających się na podwórku mama podbiegła do mnie i zasłoniła
sobą. Rodzice oszałamiali kolejnych wrogów, lecz było coraz trudniej.
Większość ocknęła się po szoku jaki wywołał nagły atak i odbijali
lecące do nich zaklęcia następnie kontratakując.
Rodzice zbliżyli się
do siebie i schowali mnie za sobą dalej rzucając zaklęcia i odpierając
atak.
Wszędzie błyskały rożnego koloru światła. Stałam
sparaliżowana strachem i patrzałam na rozgrywającą się wokół mnie
scenę. Z mojej lewej strony dostrzegłam ruch i obróciłam się w tę
stronę. Stał tam śmierciożerca wcześniej naśmiewający się z mojego
taty. W ręce trzymał różdżkę i celował nią w moją mamę, którą
rozbroił właśnie jeden ze śmierciożerców.
- Mamo !!! - krzyknęłam i złapałam ją mocno za rękę pokazując ręką
na celującą w nią zakapturzoną postać śmiejącą się opętańczo.
Spojrzała ponad mną, a w jej oczach widziałam strach. Odepchnęła mnie
szybko i zobaczyłam przelatujące obok mnie zielone światło lecące w
stronę mojej mamy. W jej oczach zobaczyłam łzy spojrzała na mnie, a z
jej ust usłyszałam dwa ostatnie słowa :
- Będzie dobrze...
W tym samym momencie zobaczyłam uderzające w nią zielone światło,
które odrzuciło ją do tyłu. Uderzyła o ziemie, a w mojej głowie na
chwile zaległa cisza jakby do mojego mózgu dalej nie dotarła ta informacja. Że moja mama nie
żyje...
Spróbowałam się stąd wydostać. Opuścić to wspomnienie, lecz
dalej uwięziona byłam w umyśle sześcioletniej dziewczynki. Poczułam
jak coś we mnie pęka, upadłam na kolana przy mamie i zaczęłam płakać.
Mój tata obejrzał się żeby sprawdzić czy mi i mamie nic nie jest, lecz
zamarł widząc jak leże nad jego żoną. Popatrzał nade mną.
W jego
oczach zobaczyłam chęć mordu. Nagle za ręce złapał go jeden ze
śmierciożerców, a drugi również zachodząc go od tyłu trzymał mu
ramiona.
Usłyszałam rozchodzący się po mojej głowie śmiech śmierciożercy. Wspomnienie jego szczęścia... Poczułam jak wściekłość
rozchodzi się z mojej głowy do reszty ciała. Spłynęła z głowy w
stronę moich rąk, aż do dłoni, w których poczułam przyjemne mrowienie.
Zobaczyłam jak na niebie zaczynają gromadzić się ciemne chmury.
Popatrzałam jeszcze raz na mojego tatę.
- Ariana - zawołał patrząc na mnie, lecz nie zdążył dokończyć, bo
jeden ze śmierciożerców uderzył go z całej siły w brzuch tak, że zgiął
się wpół z trudem łapiąc oddech.
- Tak więc jak widzisz Marco - usłyszałam za sobą głos mordercy - my
zawsze wygrywamy. A co do twojej córki to idzie z nami. Będzie z nami walczyć i pomoże skończyć to co zaczął Lord Voldemort.
Spojrzał na mnie i powiedział wesołym głosem :
- Prawda droga Ariano?
Obejrzałam się w jego stronę. Po moich policzkach już nie płynęły
łzy. Jednym ruchem zdjął kaptur i uśmiechnął się do mnie. Jego
krzywy nos złamany w co najmniej dwóch miejscach zmarszczył się gdy jego usta wykrzywiły się w śmiechu. Blond
włosy związane były w brudny, niechlujny kucyk sięgający mu uszu. Ciemno
zielone oczy patrzały na mnie badawczo.
- Prawda Ariano ? - powtórzył głośniej i spojrzał na mnie wymownie.
Nie odezwałam się tylko ze spuszczoną głową podeszłam do niego
powoli. Przypomniałam sobie zielony błysk światła wylatujący z jego
różdżki i trafiający w moją mamę. Po moim umyśle dalej odbijało
się echo jego śmiechu.
- Nie, Ariana proszę. Oni chcą Cie wykorzystać... - usłyszałam szept ojca, a
następnie jego jęk bólu, lecz nie odwróciłam się.
Całą swoją wściekłość nakierowałam z powrotem do głowy
wyobrażając sobie wypełniający mnie dym nagle unoszący się do góry. Stanęłam przed śmierciożercą i
spojrzałam mu w końcu w oczy. Wciągnął ze świstem powietrze i
zaczął się cofać.
- Co się stało Warren ? Dziecka się przestraszyłeś ? - zapytał
śmierciożerca stojący z boku i zaśmiał się wrednie.
Podszedł do mnie i
szybkim ruchem złapał mnie za ramię.
Przeniosłam swoje spojrzenie na niego, a ten zamarł w bezruchu
puszczając mnie, a po chwili również zaczynając się cofać.
- Travis... ona ma ogień w oczach - szepnął mężczyzna wcześniej nazwany
Warren'em.
Teraz dopiero zobaczycie. Poczujecie co to ból - pomyślałam.
Wyobraziłam sobie prąd
ruszający w stronę moich rąk. Podniosłam je do góry, a niebo
przecięła błyskawica, która uderzyła w drzewo niedaleko nas.
Następny piorun uderzył prosto w moje wyciągnięte ręce.
Poczułam
uderzenie mocy. Piorun zniknął, a ja złączyłam przed sobą ręce
wyobrażając sobie pocisk stworzony z jego energii. Następnie rozłożyłam
ręce między, którymi wisiała elektryczna kula i szepnęłam do niej :
- Tylko traf dobrze - a następnie rzuciłam nią w kierunku
śmierciożerców trzymających mojego tatę. Oczami wyobraźni widziałam
jak pocisk w połowie drogi rozpada się na dwie części, a następnie
trafia dwóch śmierciożerców po obu stronach mojego taty. Kula zrobiła
to co sobie wyobraziłam, a gdy trafiła śmierciożerców każdy z nich
zaczął się trząść gdy ich ciało przeszedł prąd, a
następnie upadli na ziemię. Spojrzałam w stronę dwóch następnych
osób i wyrzuciłam ręce do przodu wyobrażając sobie jak wystrzela z
nich wiatr i uderza w moich przeciwników. Poczułam wokół siebie
zawirowanie powietrza, a następnie zrobiło ono dokładnie to co
chciałam.
Spojrzałam na Warren'a i jego towarzysza. Wyciągnęłam
rękę w stronę faceta, który złapał mnie wcześniej za ramię i od
niechcenia machnęłam nią rozkazując w myślach ziemi aby nie pozwoliła
mu uciec. Żywioł ten po raz pierwszy posłuchał mnie bez ociągania i po chwili
śmierciożerca trzymany był przez grube łodygi porośnięte białymi różami. Symbolem mojej mamy...
Swoje
spojrzenie utkwiłam w Warren'ie. W jego oczach widziałam
przerażenie, a z ust zniknął uśmiech. Wyobraziłam sobie jak dym
zamienia się w ogień i rozchodzi się do moich rąk. Podeszłam do niego
bliżej i sprawiłam, że z ziemi wyrosły kolczaste łodygi róży i oplotły mu nogi.
Wrzasnął z przerażenia i zaczął rękami szarpać grube łodygi, lecz
nie dało to żadnego efektu. W końcu poddał się, spojrzał mi w oczy i
odetchnął z ulgą. Następnie jego twarz wykrzywił głupi uśmiech.
- Już nie ciskasz promieniami z oczu. Czyżby moc Cię opuściła ? -
powiedział śmiejąc się.
Z kieszeni spodni wyciągnął różdżkę i powoli wycelował ją w moją
twarz.
- Jaka szkoda, że taki talent musi się zmarnować - zacmokał.
- Avada ...- zaczął, lecz w tym samym momencie wyciągnęłam rękę do
przodu i z mojej dłoni buchnął niebieski ogień podpalając jego różdżkę.
Widząc palący się patyk krzyknął i upuścił go na ziemie gdzie zgasł. Spojrzał na mnie z
przerażeniem.
- Ty nie masz granicy jak inni - wyszeptał, a w jego oczach widać było niedowierzanie.
Przeniosłam z powrotem energię w stronę oczu tak, że
znowu widać było w nich niebieskie płomienie. Warren krzyknął z przerażenia i
próbując się cofnąć do tyłu wywrócił się przez dalej trzymające go
pnącza.
- Czyżbyś się bał małej dziewczynki... ? - wyszeptałam unosząc do góry
jedną rękę, nad którą wisiał niebieski płomień.
- Proszę Cię. Zlituj się...
- Zabiłeś moją mamę - szepnęłam, a niebo przecięła błyskawica.
Konary trzymające nogi Warren'a zaczęły wspinać się powoli,
oplatając całe ciało.
Nagle poczułam jak ktoś dotyka mojego ramienia i
instynktownie odwróciłam się szybko, gotowa do ataku. Jednak przede mną stał mój
ojciec z podbitym okiem i rozciętą wargą. W jego brązowych oczach czaiła się
rozpacz.
- Ariana nie rób tego - wyszeptał patrząc mi w oczy - Nie zniżaj się do jego poziomu.
Gdy to mówił jego głos zadrżał ze skrywanych emocji. Dopiero teraz
dotarło do mnie co się tu wydarzyło. Moja mama nie żyje. To zdanie
odbijało się po ścianach mojego umysłu. Nogi się pode mną ugięły i
upadłam ma trawę naszego podwórka. Nigdy już nie zobaczę mamy. Z
rozpaczą spojrzałam na klęczącego obok mnie tatę i wtuliłam się w
jego ramiona próbując schować się przed światem. Poczułam jak wcześniejsze mrowienie w moich rękach ustaje, a dym w moim ciele się rozpierzcha.
Nagle usłyszałam w
mojej głowie jeszcze raz straszliwy pisk i poczułam jakby ktoś
próbował mi zmiażdżyć głowę. Straciłam na chwile ostrość widzenia
i dopiero po około minucie mogłam znowu widzieć. Teraz dopiero
zobaczyłam, że stoję obok ściskającego moją młodszą wersję taty. A
więc to ten pisk uwięził mnie w tym wspomnieniu. Rozejrzałam się
uważnie. Staliśmy za naszym domem w obok ogródka gdzie rosły jabłonie
oraz inne rośliny. Łodygi z kolcami oplatały mężczyznę
nazwanego Travis'em. Niedaleko niego leżało dwóch trafionych
piorunem facetów, a inni uciekli. Nie licząc oczywiście Warren'a,
którego dalej trzymały grube pnącza róż. Niedaleko niego leżało ciało
mojej mamy, na którego widok do oczu napłynęły mi łzy. Podeszłam do
niej i uklęknęłam obok kryjąc twarz w rękach. Przepraszam mamo. Gdyby
nie mój dar nic by się nie stało. To wszystko moja wina. Po moich
policzkach zaczęły płynąc strumienie łez. Po kilku minutach
podniosłam w końcu głowę i wycierając oczy rekami wstałam z ziemi nie
patrząc już na ciało mamy. Spojrzałam w stronę gdzie dalej wypłakiwałam
się w ramie taty, na którego policzkach również widać było ślady łez.
Na jego czarnych włosach widać było ślady krwi.
Usłyszałam skrzypnięcie drzwi i do ogrodu wpadło około tuzina
aurorów. W tym samym momencie obraz zaczął się rozmazywać i
ściemniać. Rzuciłam ostatnie spojrzenie w stronę ciała mamy i
pozwoliłam zabrać się ciemności.
Edit 1: 03.10.2015 Edit 2 : 06.02.2016 Mam nadzieje, że rozdział się spodobał ;). Jest to jedyny tekst, który pisze w pierwszej osobie, bo no cóż, nie ukrywając słabo mi to idzie. Mam jednak nadzieje, że nie jest tragicznie:*
~Kimi