28 kwietnia 2017

Rozdział VI

Ariana POV
       Spojrzałam nad siebie i ujrzałam srebrne oczy patrzące na mnie z troską.
- Nic Ci nie jest? - zapytał chłopak dalej trzymając mnie w talii.
Oderwałam wzrok od tych hipnotyzujących oczu i chrząknęłam wyswobadzając się z jego ramion.
-Nic, dziękuje - szepnęłam i poprawiłam kaptur na głowie, zasłaniając twarz. A jeśli mnie zobaczył...?
-Uratowałem Cię, więc mogłabyś chociaż pokazać swoją twarz - zaśmiał się, a ja odetchnęłam w duchu.
-Scorpius !- usłyszałam męski głos dochodzący zza pleców chłopaka, na co on odwrócił się odrywając ode mnie wzrok.
-Caecorpus...- szepnęłam, a moje ciało zniknęło. Poczułam pieczenie na przegubie prawej ręki, jednak nie przejmując się tym stałam nieruchomo patrząc na chłopaka, który mnie uratował.
Odwrócił się z powrotem w moją stronę, lecz jego wzrok prześlizgiwał się z boku na bok. Nie widział mnie. Rozejrzał się ze zdziwieniem. Teraz miałam czas mu się przyjrzeć.
      Był wysokim dobrze zbudowanym chłopakiem na oko w wieku 16 lat. Posiadał bardzo jasne włosy, a jego spojrzenie.. Cóż mogło mu zapewnić wiele wielbicielek.
      Oderwałam od niego wzrok i potarłam przegub ręki. Wycofałam się szybko i nie odwracając się już za chłopakiem przeszłam przez Aule. Kucnęłam na chwilę w tłumie i szepnęłam : Reditum.
Spojrzałam na swoje ręce, które powoli zaczęły się pojawiać. Wstałam, poprawiając kaptur i ruszyłam w stronę kominków, z których cały czas wyskakiwali czarodzieje. Podniosłam lekko rękaw kurtki i obejrzałam prawy przegub. Na wierzchu pojawiła się runa niewidzialności, z której wolno wypływała krew. Zaklęłam i zasłoniłam rękę. Włożyłam ręce do kieszeni i podążyłam za prądem czarodziejów, zmierzających do wyjścia. Nie odwracając się za siebie wskoczyłam do jednego z kominków, a moje ciało pochłonął ogień.

Scorpius POV
      Myśl Scorp... Myśl... Gdzie o tej godzinie może być Twój ojciec?
Biuro? Odpada, przecież przed chwilą tam sprawdzałem. Umawialiśmy się w Auli... Szkoda, że to  najbardziej zatłoczone pomieszczenie w Ministerstwie.
 
      Parłem przez tłum niczym lodołamacz zmierzając w kierunku szklanego posągu. Spojrzałem na postacie na nim przedstawione. Jedną z nich był mój ojciec. Draco Malfoy. Dużo osób nie zgadzało się z decyzją ministerstwa by umieścić tam mojego tatę, Jednak po Bitwie o Hogwart zmienił się nie do poznania. Pomagał innym. Starał się pokazać jak bardzo innym człowiekiem się stał. Pomimo tego plotki nie ucichły, a między nim, a słynnym Harrym Potterem pozostała nić wrogości.
       Moje myśli przerwał nagły ból w ramieniu. Zmysł pałkarza nie zawiódł mnie. Obróciłem się szybko i zwinnie złapałem w talii tą osobę, którą od ziemi dzieliło już tylko kilkanaście centymetrów.
       Jej twarz zasłaniał kaptur, który teraz lekko się zsunął ukazując pasma długich brązowych włosów. W cieniu, który tworzył kaptur dojrzałem dziewczęce oczy, które przypatrywały mi się ze zdumieniem. Kolorem przypominały gorącą czekoladę, w której mógłbym utonąć.
- Nic się nie stało? - zapytałem delikatnie.
Dziewczyna chrząknęła i odsunęła się szybko.
- Nic, dziękuje - szepnęła i poprawiła kaptur, chowając pasma brązowych włosów.
-Uratowałem Cię, więc mogłabyś chociaż pokazać swoją twarz - zaśmiałem się i zrobiłem lekki krok naprzód.
- Scorpius ! - usłyszałem znajomy głos nad swoim ramieniem i odwróciłem się machinalnie. Zauważyłem w tłumie mojego ojca, któremu pomachałem aby podszedł do nas.
Odwróciłem głowę chcąc powiedzieć coś jeszcze, lecz w miejscu gdzie przed chwilą stała dziewczyna, nikogo już nie było. Spojrzałem ponad tłumem szukając czarnej skórzanej bluzy jednak nie dostrzegłem jej.
Wzruszyłem ramionami i odwróciłem się z uśmiechem do ojca.
- Możemy lecieć na Pokątną.

Ariana POV
       - No mówię Ci że nic mi nie jest - jęknęłam, gdy Justin po raz tysięczny sprawdzał czy odniosłam jakieś obrażenia.
   Spojrzał na mnie morderczym wzrokiem, który zignorowałam prychając i zeskakując z posągu. Staliśmy po środku wielkiego parku naprzeciw wejścia do Ministerstwa Magii w świecie mugoli. Poprawiłam kurtkę i zamknęłam na chwilę oczy. Wyobraziłam sobie jak wysyłam niebiesko-fioletowy sygnał z głowy, który przebiega do czubka głowy i wnika w cebulki włosów.
      - Ariana ! Przestań - krzyknął Justin i złapał mnie za rękę, jednak ja nie przestawałam.
Po chwili spojrzałam na moje odbicie w marmurze posągu. Moje włosy wcześniej brązowe przecinały teraz niebiesko-fioletowe pasemka. Uśmiechnęłam się zadowolona z efektu.
      -Powinniśmy iść do Goldstein... Nigdy nie pokazywały Ci się runy przy tak łatwych zaklęciach - szepnął zmartwiony, a ja prychnęłam całując go w policzek.
 -Nie masz o co się martwić braciszku - powiedziałam i uśmiechnęłam się - po prostu nie mogłam się skupić, a musiałam wyjść z Ministerstwa.
 - To ten chłopak - zaśmiał się, a na jego twarzy pojawił się wyraz ulgi.
Prychnęłam i przypomniałam sobie srebrne oczy, patrzące na mnie z troską. Uśmiechnęłam się mimowolnie na co Justin szturchnął mnie poruszając znacząco brwiami. Uderzyłam go żartobliwie w ramię na co odpowiedział śmiechem.
      Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam powolnym krokiem w stronę wąskiej uliczki pomiędzy blokiem mieszkalnym, a piekarnią. Spojrzałam za siebie i widząc podążającego za mną Justina uśmiechnęłam się.
      Znaleźliśmy się w wypełnionej kubłami na śmieci ślepej uliczce, która kończyła się murem z cegieł, na którym namalowane było piękne graffiti przedstawiające odlatujące ptaki. Uśmiechnęłam się zadowolona widząc efekty mojej długo godzinnej pracy.
      Wyciągnęłam z tylnej kieszeni spodni różdżkę i stuknęłam w jednego z namalowanych ptaków szepcząc "ostende". Z różdżki wystrzeliły białe iskry, a ptak zamachał skrzydłami i przeleciał nad resztą klucza wzbudzając je do lotu.
      Po chwili w miejscu, które ptaki odsłoniły cegły zaczęły się przesuwać i po chwili w murze ukazały się białe drzwi. Podeszłam do nich pewnym krokiem i nacisnęłam klamkę, która ustąpiła bez przeszkód. Przeszłam przez nie i znalazłam się na klatce schodowej, która jak wiedziałam krętą drogą prowadziła na dach. Uśmiechnęłam się do Justina, który właśnie zamknął za nami drzwi i ruszyłam biegiem w stronę schodów.
     Przeskoczyłam przez parę z nich i obejrzałam się szybko za siebie. Justin stał dalej przy drzwiach z wrednym uśmiechem. Wyciągnął przed siebie ręce i krzyknął:
-Jesteś tego pewna?
Z jego rąk wydobył się wir powietrza, który przygniótł mnie do ściany jednak szybko podniosłam dłonie i stanowczym ruchem opuściłam ręce, a wiatr rozstąpił się.
 -Justin ja chce iść na te zakupy! -krzyknęłam patrząc na niego z irytacją -Nie mam zamiaru znowu się z tobą ścigać aby znosić później twoje fochy, że znowu przegrałeś.
Chłopak parsknął jednak opuścił ręce i mrucząc coś pod nosem ruszył na dach.
      Westchnęłam cicho i poszłam za nim. Już po chwili weszliśmy na dach skąd mieliśmy wspaniały widok na Londyn. Westchnęłam z zachwytem i spojrzałam z uśmiechem na Justina, który puścił mi oczko i zdjął czarną kurtkę rzucając ją na bok zostając w obcisłej koszulce opinającej jego mięśnie.
 -Coś się ostatnio zapuściłeś braciszku - zaśmiałam się i spojrzałam wymownie na brzuch.
Było to oczywiste kłamstwo.
 -A jak miewa się Twoja oponka? -odgryzł się i stanął do mnie tyłem.
Rozłożył szeroko ręce, syknął cicho i ukląkł na jedno kolano. Jego ramiona w przeciągu chwili pojaśniały, a ledwo widoczne wcześniej białe znaki teraz wyostrzały się. Już po paru sekundach, zarówno na jego rękach jak i plecach widniały białe tatuaże przedstawiające skrzydła. 
Z każdą chwilą stawały się one coraz bardziej realistyczne.
      Justin  wziął głęboki oddech i zaczął powoli wypuszczać powietrze. Na ten ruch tatuaże zaczęły poruszać się po jego skórze, przesuwając się w stronę pleców niczym zasysany dym. Skłębione w jednym miejscu spowolniły na chwilę, tak by po chwili zacząć przebijać skórę chłopaka.
      Uwielbiałam oglądać uwalnianie skrzydeł, które na dobrą sprawę wyglądało niczym przyspieczone rozwijanie się kwiatów. 
      - A na ciebie ile mam czekać? - usłyszałam głos i wzdrygnęłam się. 
      Gwizdnęłam cicho i zaklaskałam sarkastycznie na co Justin dygnął lekko.
- Nieźle nieźle - zaśmiałam się.
-Jak na to że niedawno dostałeś runę odblokowującą - dodałam z wrednym uśmiechem.
-Ej..-prychnął - przecież wiesz że dla mnie kontrolowanie toru lotów jest czarną magią. Każdy ma słabe strony.
 Podniosłam lekko jedną brew i westchnęłam.
- Jak na przykład panowanie nad ziemią u Ciebie - powiedzieliśmy razem, ja naśladując jego głos. Po chwili wybuchnęliśmy śmiechem.
- Dobra zbieramy się - uśmiechnęłam się i rozłożyłam szeroko ręce pozwalając moim skrzydłom rozwinąć się w pełni.

26 marca 2017

Rozdział V

      -Ari...Ariana... - męski głos wyrwał dziewczynę ze snu, jednak zignorowała to i przewróciła się na drugi bok.
 -Dziewczyno... Obudź się, bo za chwile sam zasnę - szturchnięcie w bok znowu wytrąciło ją ze snu.
Mruknęła i złapała za rękę, która ją szturchnęła i przytuliła się do niej jak do misia.
Chłopak zaśmiał się i położył się obok dziewczyny. Przerzucił rękę przez jej pas i objął ją, przyciągając do siebie.
      Dziewczyna uchyliła powiekę i spojrzała na niego.
 -Wiedziałam, że to Ty James - ziewnęła i przytuliła się do chłopaka, który widząc to zaśmiał się i oparł brodę o jej głowę.
 -A teraz musimy wstawać - zaśmiał się i spróbował wstać, jednak Ariana uniemożliwiła mu to, oplatając go nogami w pasie.
 -O co Ci chodzi dziadzie - jęknęła.
 -Idziemy na zakupy! - krzyknął i wstał razem z Arianą uwieszoną w pasie.
 -Huuuura...- mruknęła i położyła głowę na jego ramieniu.
 -Czyli idzemy pod prysznic - Justin uśmiechnął się chytrze i złapał dziewczynę mocniej.
 -Yeeeey...- wydobyło się z jej ust, a Justin na ten gest zaśmiał się cicho.
Jedną ręką podtrzymywał Ari, a drugą otworzył drzwi do łazienki, po chwili wchodząc pod prysznic. Zaśmiał się i pocałował dziewczynę w czoło mówiąc;
 -Kiedyś mi wybaczysz.
Włączył zimną wodę i razem z Arianą wkroczył pod strumień wody.

Piętro niżej
       -Wiecie może kiedy w końcu uda nam się zebrać na tą Pokątną?- zapytał Diego, w którego głosie dało się wyczuć nutę gniewu.
Spojrzał w stronę Astrid siedzącej na kanapie przy kominku, która patrzała na swoje palce raz po raz zajmujące się niebieskim ogniem. Obok niej siedziała Semella, która zajęta była robieniem warkocza, w który wplotła zieloną wstążkę.
      Nagle od strony dormitorium chłopaków dobiegły ich wrzaski i krzyki o pomoc.
Dziewczyny spojrzały na siebie porozumiewawczo i wybuchnęły śmiechem. 
 -Czyżby spróbował obudzić Arianę - powiedziała Silver, która właśnie wyszła z dormitorium dziewczyn w ręce trzymając srebrną torebkę, do której schowała różdżkę (8 cali, wierzba, łuska z ogona trytona, srebrna). Zaśmiała się i podeszła do Diego łapiąc go za rękę.
 -Może chodźmy już - spojrzała na niego słodkim wzrokiem i dodała - Przecież trafią.
Chłopak westchnął i odwzajemnił uśmiech. 
 - No dobrze - westchnął i spojrzał na dziewczyny.
 - A gdzie jest Leon?- zapytała Astrid.
      Usłyszeli pukanie od strony ściany. Spojrzeli na nią jednak nic się nie zmieniło. Dalej widać było troje drewnianych drzwi kolejno z napisami: Dormitorium Chłopaków, Dormitorium Dziewczyn oraz Akademia Żywiołów.
      Nagle drzwi prowadzące do Akademii Żywiołów otworzyły się z hukiem i do pomieszczenie wpadł Leon w biegu zapinając koszulę. 
 - Jestem !- krzyknął i potknął się o próg lądując twarzą na ziemi.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a Diego podszedł do chłopaka podając mu dłoń.
 -Dzięki stary- jęknął Leon i przyjął pomoc po chwili stojąc na nogach.
 -Czyżby makijaż się Twojej lasencji rozmazał przez sen - zaśmiał się Cameron, który wszedł zaraz za nim.
 -A...Wy pewnie nie spaliście- dodał, wywołując śmiech u innych.
 -Żebyś wiedział - burknął Leon zapinając ostatni guzik koszuli.
Semella westchnęła i podeszła do chłopaka,  poprawiając mu koszulę, którą krzywo zapiął.
W jej oczach widać było spokój wymieszany ze smutkiem. Gdy skończyła odsunęła się nie patrząc Leonowi w oczy i chwyciła swoją skórzaną torebkę wiszącą wcześniej na wieszaku. Upewniła się, że w tylnej kieszeni ma różdżkę (10 cali, angielski dąb, rdzeń z rogu jednorożca) i spojrzała na przyjaciół.
 -To na zakupy! - uśmiechnęła się i chwyciła Proszek Fiuu. Stanęła w kominku i mówiąc wyraźnie :
 -Ulica Pokątna- rzuciła go pod swoje nogi. Buchnął zielony płomień i już chwilę później zniknęła.
Następnie w kominku kolejno zniknęły Silver i Astrid, a w pokoju został Cameron, Leon i Diego.
 -Wiecie co...Mam pomysł - szepnął Cameron, a w jego oczach widać było iskierki rozbawienia.
 -To zawsze się źle kończy - westchnął Diego i spojrzał na zaciekawionego Leona.

Wracając na górę
      -Zabije...zabije...- co jakiś czas powtarzała Ariana, trzęsąc się i łypiąc wściekle na Justina, który okrył ją fioletowym ręcznikiem, a następnie otrzepał się i zaśmiał się patrząc na jej naburmuszoną minę.
 -No uśmiechnij się - powiedział i wybuchnął śmiechem.
Dziewczyna zrzuciła z siebie ręcznik i poprawiła bluzę Justina, którą miała na sobie. Napis na niej głosił: There is magic in the air and it's called WiFi.
      Prychnęła i wycisnęła wodę z włosów. Podeszła do szafy chłopaka gdzie miała schowanych kilka swoich ubrań. Wzięła je i skierowała się do łazienki po drodze pokazując chłopakowi język.
Zaśmiał się na jej gest i padł na łóżko.
       Dziewczyna weszła do łazienki i i spojrzała w swoje odbicie. Westchnęła i uniosła ręce nad głowę. Z jej rąk wystrzeliło ciepłe powietrze, które w minute wysuszyło ją całą.
Spojrzała po łazience, która utrzymana była w niebieskich tonach. Stanęła na szarej szafce i otworzyła szyb wentylacji, w który dmuchnęła.
      W oddali dało się usłyszeć pyknięcie otworzenia szybu. Dziewczyna uśmiechnęła się i szepnęła 
 -Accio kosmetyczka...
Usłyszała szum i nagle z szybu wyskoczyła czarna torebka. Dziewczyna złapała ją szybko i zeskoczyła z szafki, przy okazji zatrzaskując wentylacje.
Popatrzała w lustro i wyjęła z kosmetyczki szczotkę, którą szybko rozczesała włosy. Umyła twarz wodą i wytarła się w ręcznik Justina. Spojrzała w lustro. Pomalowała szybko rzęsy, ubrała czarną bokserkę, na to skórzaną kurtkę z kapturem i do tego czarne rurki. Na nogi założyła czarne wiązane buty z wysokim obcasem. Spojrzała na siebie i uśmiechnęła się do lustra zadowolona z efektu.
      Wyszła z łazienki i zastała rozłożonego na łóżku Justina. Spojrzał na nią z uśmiechem i wstał rzucając w jej stronę trzy sztylety. Każdy z nich złapała bez najmniejszego wysiłku.
 - Gdzie reszta?- zapytała przypinając sztylety kolejno do paska, do ramienia i do kostki.
 - Stwierdzili, że nie chce im się na nas czekać - mruknął - zabrali nam proszek Fiuu.
Ariana zaśmiała się.
 - To polecimy- powiedziała z wesołym uśmiechem.
Justin spojrzał na nią z radością.
 - W sumie to genialny pomysł!-krzyknął i wybiegł z pokoju,
Dziewczyna zaśmiała się i pobiegła za nim. Minęli salon Złotej Rangi i podbiegli do ściany z symbolami czterech żywiołów przez którą przechodzi się do Departamentu Tajemnic Ministerstwa Magii.
      Ariana wyjęła spod bluzki naszyjnik z symbolami żywiołów i przyłożyła go do ściany, która po chwili otworzyła się. Justin wystawił głowę za drzwi i rozejrzał się patrząc czy ktoś idzie. Machnął lekko głową i po cichu wyszli na ciemny korytarz, a drzwi za nimi zamknęły się. Szli powoli w stronę złotej windy gdy usłyszeli kobiecy głos mówiący : Departament tajemnic.
     Dziewczyna spojrzała szybko na Justina, a ten odwzajemnił jej spojrzenie uśmiechając się uspokajająco. Drzwi windy rozsunęły się i wszedł przez nie wysoki mężczyzna z jasnymi włosami, które przecinały srebrne pasma. Jego twarz wyglądała na bardzo spokojną.
     Spojrzał na nich z zaskoczeniem, lecz po chwili poznał Arianę i uśmiechnął się. Kiwnął jej głową na co dziewczyna przyłożyła dwa palce do skroni, a następnie na jej przegubie przez ułamek sekundy dało się zauważyć tatuaż.
     Na ten gest mężczyzna mężczyzna położył trzy palce na mostku i pochylił lekko głowę.
Przeszedł obok nich, nie odzywając się i zniknął za drzwiami na końcu korytarza. Dziewczyna ruszyła szybkim krokiem w stronę windy, a za nią podążył Justin.
      Weszli do windy, a dziewczyna nacisnęła przycisk "Aula". Drzwi zamknęły się z cichym trzaskiem i poszybowały do góry i zaczęły skręcać.
Dziewczyna oparła się o jedną ze ścian i zaczęła się bawić swoimi włosami patrząc spod przymrużonych oczu na chłopaka.
       Kobiecy głos oznajmił im że są na miejscu, a drzwi windy otworzyły się. Ujrzeli przed sobą salę, w której wszędzie widać było czarodziei w pośpiechu czekających w kolejkach do wind. Dziewczyna założyła szybko kaptur, który skrywał jej twarz w cieniu. Justin poprawił swoją skórzaną kurtkę i zrobił to samo.
       Wyszli szybko z windy starając się nie zwracać na siebie zbytnio uwagi. Dziewczyna kiwnęła mu lekko głową pokazując, że mają się rozdzielić. Szybkim krokiem przeszła przez pokój i znalazła się w wielkiej sali, gdzie wszędzie widać było małe papierowe samolociki latające w najróżniejsze strony. Wkoło pełno było czarodziei, niektórzy krzyczący na swoich znajomych, inni śpieszący gdzieś. Pośrodku sali stał pomnik przedstawiający osoby walczące podczas Bitwy o Hogwart wykonany ze szkła. Dziewczyna zerknęła na niego kątem oka i uśmiechnęła się lekko, zwalniając na chwile i przyglądając się uwiecznionym tam osobą.
      Nagle poczuła niewyobrażalny ból w okolicach serca. Złapała się za klatkę piersiową, tracąc równowagę i potknęła się wpadając na kogoś. Gdy już miała upaść poczuła mocny chwyt w talii, który złapał ją i przytrzymał. Ból w jednej chwili ustał. Ariana otworzyła oczy i zobaczyła nad sobą platynowo-szare oczy wpatrujące się w nią z troską.