Spojrzałam nad siebie i ujrzałam srebrne oczy patrzące na mnie z troską.
- Nic Ci nie jest? - zapytał chłopak dalej trzymając mnie w talii.
Oderwałam wzrok od tych hipnotyzujących oczu i chrząknęłam wyswobadzając się z jego ramion.
-Nic, dziękuje - szepnęłam i poprawiłam kaptur na głowie, zasłaniając twarz. A jeśli mnie zobaczył...?
-Uratowałem Cię, więc mogłabyś chociaż pokazać swoją twarz - zaśmiał się, a ja odetchnęłam w duchu.
-Scorpius !- usłyszałam męski głos dochodzący zza pleców chłopaka, na co on odwrócił się odrywając ode mnie wzrok.
-Caecorpus...- szepnęłam, a moje ciało zniknęło. Poczułam pieczenie na przegubie prawej ręki, jednak nie przejmując się tym stałam nieruchomo patrząc na chłopaka, który mnie uratował.
Odwrócił się z powrotem w moją stronę, lecz jego wzrok prześlizgiwał się z boku na bok. Nie widział mnie. Rozejrzał się ze zdziwieniem. Teraz miałam czas mu się przyjrzeć.
Był wysokim dobrze zbudowanym chłopakiem na oko w wieku 16 lat. Posiadał bardzo jasne włosy, a jego spojrzenie.. Cóż mogło mu zapewnić wiele wielbicielek.
Oderwałam od niego wzrok i potarłam przegub ręki. Wycofałam się szybko i nie odwracając się już za chłopakiem przeszłam przez Aule. Kucnęłam na chwilę w tłumie i szepnęłam : Reditum.
Spojrzałam na swoje ręce, które powoli zaczęły się pojawiać. Wstałam, poprawiając kaptur i ruszyłam w stronę kominków, z których cały czas wyskakiwali czarodzieje. Podniosłam lekko rękaw kurtki i obejrzałam prawy przegub. Na wierzchu pojawiła się runa niewidzialności, z której wolno wypływała krew. Zaklęłam i zasłoniłam rękę. Włożyłam ręce do kieszeni i podążyłam za prądem czarodziejów, zmierzających do wyjścia. Nie odwracając się za siebie wskoczyłam do jednego z kominków, a moje ciało pochłonął ogień.
Scorpius POV
Myśl Scorp... Myśl... Gdzie o tej godzinie może być Twój ojciec?
Biuro? Odpada, przecież przed chwilą tam sprawdzałem. Umawialiśmy się w Auli... Szkoda, że to najbardziej zatłoczone pomieszczenie w Ministerstwie.
Biuro? Odpada, przecież przed chwilą tam sprawdzałem. Umawialiśmy się w Auli... Szkoda, że to najbardziej zatłoczone pomieszczenie w Ministerstwie.
Parłem przez tłum niczym lodołamacz zmierzając w kierunku szklanego posągu. Spojrzałem na postacie na nim przedstawione. Jedną z nich był mój ojciec. Draco Malfoy. Dużo osób nie zgadzało się z decyzją ministerstwa by umieścić tam mojego tatę, Jednak po Bitwie o Hogwart zmienił się nie do poznania. Pomagał innym. Starał się pokazać jak bardzo innym człowiekiem się stał. Pomimo tego plotki nie ucichły, a między nim, a słynnym Harrym Potterem pozostała nić wrogości.
Moje myśli przerwał nagły ból w ramieniu. Zmysł pałkarza nie zawiódł mnie. Obróciłem się szybko i zwinnie złapałem w talii tą osobę, którą od ziemi dzieliło już tylko kilkanaście centymetrów.
Jej twarz zasłaniał kaptur, który teraz lekko się zsunął ukazując pasma długich brązowych włosów. W cieniu, który tworzył kaptur dojrzałem dziewczęce oczy, które przypatrywały mi się ze zdumieniem. Kolorem przypominały gorącą czekoladę, w której mógłbym utonąć.
- Nic się nie stało? - zapytałem delikatnie.
Dziewczyna chrząknęła i odsunęła się szybko.
- Nic, dziękuje - szepnęła i poprawiła kaptur, chowając pasma brązowych włosów.
-Uratowałem Cię, więc mogłabyś chociaż pokazać swoją twarz - zaśmiałem się i zrobiłem lekki krok naprzód.
- Scorpius ! - usłyszałem znajomy głos nad swoim ramieniem i odwróciłem się machinalnie. Zauważyłem w tłumie mojego ojca, któremu pomachałem aby podszedł do nas.
Odwróciłem głowę chcąc powiedzieć coś jeszcze, lecz w miejscu gdzie przed chwilą stała dziewczyna, nikogo już nie było. Spojrzałem ponad tłumem szukając czarnej skórzanej bluzy jednak nie dostrzegłem jej.
Wzruszyłem ramionami i odwróciłem się z uśmiechem do ojca.
- Możemy lecieć na Pokątną.
Ariana POV
- No mówię Ci że nic mi nie jest - jęknęłam, gdy Justin po raz tysięczny sprawdzał czy odniosłam jakieś obrażenia.
Spojrzał na mnie morderczym wzrokiem, który zignorowałam prychając i zeskakując z posągu. Staliśmy po środku wielkiego parku naprzeciw wejścia do Ministerstwa Magii w świecie mugoli. Poprawiłam kurtkę i zamknęłam na chwilę oczy. Wyobraziłam sobie jak wysyłam niebiesko-fioletowy sygnał z głowy, który przebiega do czubka głowy i wnika w cebulki włosów.
- Ariana ! Przestań - krzyknął Justin i złapał mnie za rękę, jednak ja nie przestawałam.
Po chwili spojrzałam na moje odbicie w marmurze posągu. Moje włosy wcześniej brązowe przecinały teraz niebiesko-fioletowe pasemka. Uśmiechnęłam się zadowolona z efektu.
-Powinniśmy iść do Goldstein... Nigdy nie pokazywały Ci się runy przy tak łatwych zaklęciach - szepnął zmartwiony, a ja prychnęłam całując go w policzek.
-Nie masz o co się martwić braciszku - powiedziałam i uśmiechnęłam się - po prostu nie mogłam się skupić, a musiałam wyjść z Ministerstwa.
- To ten chłopak - zaśmiał się, a na jego twarzy pojawił się wyraz ulgi.
Prychnęłam i przypomniałam sobie srebrne oczy, patrzące na mnie z troską. Uśmiechnęłam się mimowolnie na co Justin szturchnął mnie poruszając znacząco brwiami. Uderzyłam go żartobliwie w ramię na co odpowiedział śmiechem.
Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam powolnym krokiem w stronę wąskiej uliczki pomiędzy blokiem mieszkalnym, a piekarnią. Spojrzałam za siebie i widząc podążającego za mną Justina uśmiechnęłam się.
Znaleźliśmy się w wypełnionej kubłami na śmieci ślepej uliczce, która kończyła się murem z cegieł, na którym namalowane było piękne graffiti przedstawiające odlatujące ptaki. Uśmiechnęłam się zadowolona widząc efekty mojej długo godzinnej pracy.
Wyciągnęłam z tylnej kieszeni spodni różdżkę i stuknęłam w jednego z namalowanych ptaków szepcząc "ostende". Z różdżki wystrzeliły białe iskry, a ptak zamachał skrzydłami i przeleciał nad resztą klucza wzbudzając je do lotu.
Po chwili w miejscu, które ptaki odsłoniły cegły zaczęły się przesuwać i po chwili w murze ukazały się białe drzwi. Podeszłam do nich pewnym krokiem i nacisnęłam klamkę, która ustąpiła bez przeszkód. Przeszłam przez nie i znalazłam się na klatce schodowej, która jak wiedziałam krętą drogą prowadziła na dach. Uśmiechnęłam się do Justina, który właśnie zamknął za nami drzwi i ruszyłam biegiem w stronę schodów.
Przeskoczyłam przez parę z nich i obejrzałam się szybko za siebie. Justin stał dalej przy drzwiach z wrednym uśmiechem. Wyciągnął przed siebie ręce i krzyknął:
-Jesteś tego pewna?
Z jego rąk wydobył się wir powietrza, który przygniótł mnie do ściany jednak szybko podniosłam dłonie i stanowczym ruchem opuściłam ręce, a wiatr rozstąpił się.
-Justin ja chce iść na te zakupy! -krzyknęłam patrząc na niego z irytacją -Nie mam zamiaru znowu się z tobą ścigać aby znosić później twoje fochy, że znowu przegrałeś.
Chłopak parsknął jednak opuścił ręce i mrucząc coś pod nosem ruszył na dach.
Westchnęłam cicho i poszłam za nim. Już po chwili weszliśmy na dach skąd mieliśmy wspaniały widok na Londyn. Westchnęłam z zachwytem i spojrzałam z uśmiechem na Justina, który puścił mi oczko i zdjął czarną kurtkę rzucając ją na bok zostając w obcisłej koszulce opinającej jego mięśnie.
-Coś się ostatnio zapuściłeś braciszku - zaśmiałam się i spojrzałam wymownie na brzuch.
Było to oczywiste kłamstwo.
-A jak miewa się Twoja oponka? -odgryzł się i stanął do mnie tyłem.
Rozłożył szeroko ręce, syknął cicho i ukląkł na jedno kolano. Jego ramiona w przeciągu chwili pojaśniały, a ledwo widoczne wcześniej białe znaki teraz wyostrzały się. Już po paru sekundach, zarówno na jego rękach jak i plecach widniały białe tatuaże przedstawiające skrzydła.
Moje myśli przerwał nagły ból w ramieniu. Zmysł pałkarza nie zawiódł mnie. Obróciłem się szybko i zwinnie złapałem w talii tą osobę, którą od ziemi dzieliło już tylko kilkanaście centymetrów.
Jej twarz zasłaniał kaptur, który teraz lekko się zsunął ukazując pasma długich brązowych włosów. W cieniu, który tworzył kaptur dojrzałem dziewczęce oczy, które przypatrywały mi się ze zdumieniem. Kolorem przypominały gorącą czekoladę, w której mógłbym utonąć.
- Nic się nie stało? - zapytałem delikatnie.
Dziewczyna chrząknęła i odsunęła się szybko.
- Nic, dziękuje - szepnęła i poprawiła kaptur, chowając pasma brązowych włosów.
-Uratowałem Cię, więc mogłabyś chociaż pokazać swoją twarz - zaśmiałem się i zrobiłem lekki krok naprzód.
- Scorpius ! - usłyszałem znajomy głos nad swoim ramieniem i odwróciłem się machinalnie. Zauważyłem w tłumie mojego ojca, któremu pomachałem aby podszedł do nas.
Odwróciłem głowę chcąc powiedzieć coś jeszcze, lecz w miejscu gdzie przed chwilą stała dziewczyna, nikogo już nie było. Spojrzałem ponad tłumem szukając czarnej skórzanej bluzy jednak nie dostrzegłem jej.
Wzruszyłem ramionami i odwróciłem się z uśmiechem do ojca.
- Możemy lecieć na Pokątną.
Ariana POV
- No mówię Ci że nic mi nie jest - jęknęłam, gdy Justin po raz tysięczny sprawdzał czy odniosłam jakieś obrażenia.
Spojrzał na mnie morderczym wzrokiem, który zignorowałam prychając i zeskakując z posągu. Staliśmy po środku wielkiego parku naprzeciw wejścia do Ministerstwa Magii w świecie mugoli. Poprawiłam kurtkę i zamknęłam na chwilę oczy. Wyobraziłam sobie jak wysyłam niebiesko-fioletowy sygnał z głowy, który przebiega do czubka głowy i wnika w cebulki włosów.
- Ariana ! Przestań - krzyknął Justin i złapał mnie za rękę, jednak ja nie przestawałam.
Po chwili spojrzałam na moje odbicie w marmurze posągu. Moje włosy wcześniej brązowe przecinały teraz niebiesko-fioletowe pasemka. Uśmiechnęłam się zadowolona z efektu.
-Powinniśmy iść do Goldstein... Nigdy nie pokazywały Ci się runy przy tak łatwych zaklęciach - szepnął zmartwiony, a ja prychnęłam całując go w policzek.
-Nie masz o co się martwić braciszku - powiedziałam i uśmiechnęłam się - po prostu nie mogłam się skupić, a musiałam wyjść z Ministerstwa.
- To ten chłopak - zaśmiał się, a na jego twarzy pojawił się wyraz ulgi.
Prychnęłam i przypomniałam sobie srebrne oczy, patrzące na mnie z troską. Uśmiechnęłam się mimowolnie na co Justin szturchnął mnie poruszając znacząco brwiami. Uderzyłam go żartobliwie w ramię na co odpowiedział śmiechem.
Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam powolnym krokiem w stronę wąskiej uliczki pomiędzy blokiem mieszkalnym, a piekarnią. Spojrzałam za siebie i widząc podążającego za mną Justina uśmiechnęłam się.
Znaleźliśmy się w wypełnionej kubłami na śmieci ślepej uliczce, która kończyła się murem z cegieł, na którym namalowane było piękne graffiti przedstawiające odlatujące ptaki. Uśmiechnęłam się zadowolona widząc efekty mojej długo godzinnej pracy.
Wyciągnęłam z tylnej kieszeni spodni różdżkę i stuknęłam w jednego z namalowanych ptaków szepcząc "ostende". Z różdżki wystrzeliły białe iskry, a ptak zamachał skrzydłami i przeleciał nad resztą klucza wzbudzając je do lotu.
Po chwili w miejscu, które ptaki odsłoniły cegły zaczęły się przesuwać i po chwili w murze ukazały się białe drzwi. Podeszłam do nich pewnym krokiem i nacisnęłam klamkę, która ustąpiła bez przeszkód. Przeszłam przez nie i znalazłam się na klatce schodowej, która jak wiedziałam krętą drogą prowadziła na dach. Uśmiechnęłam się do Justina, który właśnie zamknął za nami drzwi i ruszyłam biegiem w stronę schodów.
Przeskoczyłam przez parę z nich i obejrzałam się szybko za siebie. Justin stał dalej przy drzwiach z wrednym uśmiechem. Wyciągnął przed siebie ręce i krzyknął:
-Jesteś tego pewna?
Z jego rąk wydobył się wir powietrza, który przygniótł mnie do ściany jednak szybko podniosłam dłonie i stanowczym ruchem opuściłam ręce, a wiatr rozstąpił się.
-Justin ja chce iść na te zakupy! -krzyknęłam patrząc na niego z irytacją -Nie mam zamiaru znowu się z tobą ścigać aby znosić później twoje fochy, że znowu przegrałeś.
Chłopak parsknął jednak opuścił ręce i mrucząc coś pod nosem ruszył na dach.
Westchnęłam cicho i poszłam za nim. Już po chwili weszliśmy na dach skąd mieliśmy wspaniały widok na Londyn. Westchnęłam z zachwytem i spojrzałam z uśmiechem na Justina, który puścił mi oczko i zdjął czarną kurtkę rzucając ją na bok zostając w obcisłej koszulce opinającej jego mięśnie.
-Coś się ostatnio zapuściłeś braciszku - zaśmiałam się i spojrzałam wymownie na brzuch.
Było to oczywiste kłamstwo.
-A jak miewa się Twoja oponka? -odgryzł się i stanął do mnie tyłem.
Rozłożył szeroko ręce, syknął cicho i ukląkł na jedno kolano. Jego ramiona w przeciągu chwili pojaśniały, a ledwo widoczne wcześniej białe znaki teraz wyostrzały się. Już po paru sekundach, zarówno na jego rękach jak i plecach widniały białe tatuaże przedstawiające skrzydła.
Z każdą chwilą stawały się one coraz bardziej realistyczne.
Justin wziął głęboki oddech i zaczął powoli wypuszczać powietrze. Na ten ruch tatuaże zaczęły poruszać się po jego skórze, przesuwając się w stronę pleców niczym zasysany dym. Skłębione w jednym miejscu spowolniły na chwilę, tak by po chwili zacząć przebijać skórę chłopaka.
Uwielbiałam oglądać uwalnianie skrzydeł, które na dobrą sprawę wyglądało niczym przyspieczone rozwijanie się kwiatów.
Justin wziął głęboki oddech i zaczął powoli wypuszczać powietrze. Na ten ruch tatuaże zaczęły poruszać się po jego skórze, przesuwając się w stronę pleców niczym zasysany dym. Skłębione w jednym miejscu spowolniły na chwilę, tak by po chwili zacząć przebijać skórę chłopaka.
Uwielbiałam oglądać uwalnianie skrzydeł, które na dobrą sprawę wyglądało niczym przyspieczone rozwijanie się kwiatów.
- A na ciebie ile mam czekać? - usłyszałam głos i wzdrygnęłam się.
Gwizdnęłam cicho i zaklaskałam sarkastycznie na co Justin dygnął lekko.
- Nieźle nieźle - zaśmiałam się.
-Jak na to że niedawno dostałeś runę odblokowującą - dodałam z wrednym uśmiechem.
-Ej..-prychnął - przecież wiesz że dla mnie kontrolowanie toru lotów jest czarną magią. Każdy ma słabe strony.
Podniosłam lekko jedną brew i westchnęłam.
- Jak na przykład panowanie nad ziemią u Ciebie - powiedzieliśmy razem, ja naśladując jego głos. Po chwili wybuchnęliśmy śmiechem.
- Dobra zbieramy się - uśmiechnęłam się i rozłożyłam szeroko ręce pozwalając moim skrzydłom rozwinąć się w pełni.
- Nieźle nieźle - zaśmiałam się.
-Jak na to że niedawno dostałeś runę odblokowującą - dodałam z wrednym uśmiechem.
-Ej..-prychnął - przecież wiesz że dla mnie kontrolowanie toru lotów jest czarną magią. Każdy ma słabe strony.
Podniosłam lekko jedną brew i westchnęłam.
- Jak na przykład panowanie nad ziemią u Ciebie - powiedzieliśmy razem, ja naśladując jego głos. Po chwili wybuchnęliśmy śmiechem.
- Dobra zbieramy się - uśmiechnęłam się i rozłożyłam szeroko ręce pozwalając moim skrzydłom rozwinąć się w pełni.