Nagle w oddali coś rozbłysło słabym światłem. Przyzwyczajona do ciemności zmrużyłam oczy. Poczułam jak lekki wiatr otarł się o moje kostki jakby zachęcając do ruszenia się z miejsca. Stawiając ostrożnie stopy podążyłam w stronę dziwnego światła, zawieszonego gdzieś nad niewidoczną podłogą.
Gdy zbliżyłam się trochę, do moich uszu dobiegły odgłosy melodyjnego ćwierkania ptaków i szum wiatru, szeleszczącego liśćmi. Zafascynowana coraz szybciej szłam przed siebie nie zwracając uwagi na otoczenie i chcąc jak najszybciej dotrzeć do źródła dźwięków.
Światło przybliżało się powoli gdy biegłam w jego kierunku i kilkanaście sekund później stałam już przed dużymi metalowymi drzwiami, spod których wydobywało się słabe światło.
Po obejściu ich wkoło stwierdziłam, że nie umieszczone były w żadnej ścianie. Po prostu wisiały w powietrzu. Ich rama ozdobiona została różnymi sylwetkami. Na samej górze pośrodku widać było trzy osoby : dziecko oraz dwójkę dorosłych trzymających je za rękę.
To pewnie rodzice dziecka - pomyślałam.
Wokół drzwi owinięty został żelazny łańcuch prowadzący do metalowej kłódki, która umieszczona została w miejscu gdzie powinna znajdować się klamka. Wiedziona dziwnym przeczuciem przesunęłam palcem po dziwnym niezrozumiałym dla mnie znaku na jej powierzchni i ku mojemu zdziwieniu kłódka zamieniła się w srebrną klamkę, a łańcuchy zniknęły stopniowo zamieniając się w biały dym.
Pociągnęłam za klamkę, a drzwi nie wydając żadnego dźwięku otworzyły się przede mną, ukazując werandę małego drewnianego domu. Mimo zadaszenia oblana była ciepłym słońcem, a zielony kolor liści w lasku za domem i zapach kwiatów z wielkiego ogródka obok płotu zdradzał wiosenną porę roku. Na środku tarasu stał stół otoczony krzesłami. Wszystko włącznie z werandą wykonano z tego samego ciemnego drewna, a jedna jej strona porośnięta została przez bluszcz. Niczym w transie podeszłam do stołu z przyzwyczajenia zamykając za sobą drzwi. Przejechałam ręką po jego powierzchni, oglądając wyżłobione w nim niewielkie serce.
Poznawałam to miejsce. Był to mój stary dom, z którego zabrano mnie do Projektu po śmierci mamy. Wzdrygnęłam się na wspomnienie wydarzenia mającego miejsca w ogródku za porośniętą bluszczem ścianą.
Ale przecież u mnie w domu nie było ani jednych metalowych drzwi. Obróciłam się szybko i zmarszczyłam brwi, gdy nie zauważyłam poszukiwanego obiektu. Rozejrzałam się uważnie i zobaczyłam, że obok miejsca, z którego jak sądziłam wyszłam, stały przeszklone drzwi otoczone białą ramą oraz dwoje białych okien, kontrastujących na tle ciemnego drewna.
Wyciągnęłam rękę w stronę klamki chcąc wejść do środka, lecz ku mojemu przerażeniu dłoń przeniknęła przez nią. Nie poczułam nic. Jakby moja ręka przeszła przez powietrze. Szybko cofnęłam się i uważnie obejrzałam ją, lecz nie znalazłam nic nadzwyczajnego.
Przecież Goldstein mówiła, że nie da się przenikać przez rzeczy materialne. Chyba, że jest się duchem ... - pomyślałam, lecz odrzuciłam szybko od siebie tę myśl. Zamyśliłam się i przypomniałam sobie jeszcze coś co powiedziała mi kiedyś pewna pani.
- Czasem podróżujemy po swoim własnym umyśle. Czasem przypomnimy sobie jakieś wydarzenia, a innym razem szukamy ukojenia we własnych wspomnieniach.
A więc to wspomnienie - pomyślałam i uśmiechnęłam się pod nosem z własnej głupoty. Czując jak moje serce się uspokaja spojrzałam na przeszklone drzwi i przeniknęłam przez nie do czystego i przestronnego pomieszczenia.
Po swojej prawej stronie miałam część
kuchenną, a po lewej część jadalną pokoju. Podeszłam do lodówki, na której
za pomocą magnesów poprzyczepiane zostały kolorowe rysunki oraz trzy
poruszające się zdjęcia.
Zawsze wieszałam tu zdjęcia razem z tatą. To był taki nasz kącik wspomnień. Na pierwszym ze zdjęć byłam czteroletnia ja. Siedziałam na ławce w parku z kolorowym
lodem i z bananem na twarzy machałam do obiektywu aparatu. Moje proste, brązowe włosy powiewały na lekkim wietrze. Obok mnie leżał mały czekoladowy labrador z piłką między zębami.
Popatrzałam na drugie zdjęcie i znowu widać było na nim mnie wraz z moim tatą wokół, którego latałam na dziecięcej miotełce. Scena ta odgrywała się w naszym ogródku. Na twarzy taty widać było przerażenie pomieszane z dumą gdy wzleciałam wysoko do góry i zwisałam głową w dół zaczepiona tylko nogami. Już wtedy lubiłam akrobacje na miotle.
Spojrzałam na ostatnie ze zdjęć. Przedstawiało ono moją mamę pochylającą się nade mną, gdy przyglądałam się roślinie. Złote włosy okalające jej twarz układały się w naturalne fale i spływały po ramionach mojej rodzicielki. Była piękna. Idealny nos, idealne usta i brązowe wesołe oczy. Zawsze mówiono, że urodę odziedziczyłam po niej, lecz ja nigdy nie widziałam podobieństwa nie licząc tych samych czekoladowych oczu i jasnej cery. Śmiejąc się mówiła mi co mam robić. Na mojej twarzy widać było skupienie i determinacje.
Pamiętam tamten dzień. Wtedy mój tata oznajmił, że może jednak nie panuje nad żywiołem ziemi, więc ćwiczyłam cały dzień, aż w końcu udało mi się namówić roślinę aby oplotła kijek, który jej wskazałam. Pamiętam dumę na twarzy mojej mamy, gdy zobaczyła pierwszy kwiat wyhodowany przeze mnie. Oczywiście była to biała róża, czyli ulubiony kwiat mojej mamy. Ona zawsze miała rękę do roślin, a ja w tej dziedzinie byłam beznadziejna...
Przyglądnęłam się mojej mamie. Jej wesołemu spojrzeniu i uśmiechowi, który dla mnie wart był milion dolarów. Jak wiele bym dała żeby Cię jeszcze zobaczyć - pomyślałam a po moim policzku spłynęła samotna łza.
Nagle za moimi plecami usłyszałam trzask zamykanych drzwi i odgłosy kroków. Odwróciłam się szybko i w odruchu przeszukałam kieszenie w poszukiwaniu różdżki, lecz nie znalazłam jej tam. Usłyszałam w głowie kolejne słowa mojej nauczycielki : Zawsze bądź przygotowana na najgorsze. Nie wiadomo do czego jeszcze posuną się śmierciożercy, by przekabacić Cię na swoją stronę.
Spojrzałam w stronę przeszklonych drzwi, zza których słychać było kroki. Przygotowana na walkę stanęłam w lekkim rozkroku i wyciągnęłam przed siebie ręce mierząc w szybę.
Drzwi uchyliły się powoli, a do pokoju weszła ostatnia osoba jaką spodziewałabym się zobaczyć. Złote włosy powiewały za moją mamą, która nie zauważając mnie podeszła do stolika po drugiej stronie pomieszczenia i położyła na nim trzy białe róże z naszego ogrodu. Włosy jak zwykle zostawiła rozpuszczone, a delikatny makijaż podkreślał jej idealne rysy twarzy. Miała na sobie białą sukienkę w kolorowe kwiaty. Tą sama, którą miała gdy do naszego domu dostali się śmierciożercy. Poczułam jak moje serce pęka i po moich policzkach zaczęły się toczyć łzy.
- Mamo... ? - wykrztusiłam próbując zwrócić jej uwagę, lecz mnie nie usłyszała. Przeszła obok mnie jakbym była powietrzem i podeszła do jednej z szafek stojących niedaleko lodówki. Wyciągnęła z niej wazon i po nalaniu do niego wody wróciła do stołu. Powoli włożyła do niego kwiaty i uśmiechając się pod nosem spojrzała na nie wesołym wzrokiem.
W tym samym momencie od strony klatki schodowej dobiegły dźwięki tupania małych stóp. Do pokoju wpadła sześcioletnia wersja samej mnie z rękami umazanymi farbami i uśmiechem tak szerokim, że nie wiem jak zmieścił się na mojej również brudnej twarzyczce. Wymachiwałam w stronę mojej mamy kartką i z dumną miną krzyknęłam :
- Skończyłam !!!
W tym samym momencie usłyszałam pisk i zamknęłam oczy z bólu, który eksplodował w mojej głowie. Straciłam panowanie nad nogami i runęłam na ziemie gdzie zwijałam się z bólu. Minutę później pisk jak się pojawił tak szybko zniknął. Otworzyłam ostrożnie oczy obawiając się kolejnej eksplozji w mojej głowie, lecz ta nie nastąpiła.
Zobaczyłam przed sobą krótką rączkę w zielonym sweterku wymachująca kartką z niebieskim napisem z brokatu "Dla najlepszego dziadka". Już wiedziałam co się za chwile stanie. Spanikowana spróbowałam się wydostać ze wspomnienia, lecz ku mojemu jeszcze większemu przerażeniu nie mogłam nic zrobić. Nie mogłam nawet zamknąć oczu uwięziona w ciele sześciolatki, nie domyślającej się co się za chwile wydarzy i krzyczącej dzięcięcym głosem :
- Skończyłam!
Mama uśmiechnęła się wesoło i odebrała ode mnie kartkę.
- Dla najlepszego dziadka - zaczęła czytać.
Spojrzała na mnie jakby pytając się czy czytać dalej, na co z uśmiechem cały czas przylepionym do twarzy, machnęłam głową na potwierdzenie. Widząc moją zgodę przewróciła kartkę i swoim pięknym melodyjnym głosem zaśpiewała moją ulubioną piosenkę z dzieciństwa zapisaną na karcie laurki. Laurka po dwóch wersach milczenia ku zdumieniu mojej mamy zaczęła wraz z nią śpiewać moim głosem piosenkę.
- L’âme en peine
Il vit mais parle à peine
Il l'attend devant cette photo d'antan
Il, il n'est pas fou
Il y croit c'est tout
Il la voit partout
Il l'attend debout
Une rose à la main
À part elle il n'attend rien
Rien autour n'a de sens
Et l'air est lourd
Le regard absent
Il est seul et lui parle souvent
Il, il n'est pas fou
Il l'aime c'est tout
Il la voit partout
Il l'attend debout
Debout une rose à la main
Non, non plus rien ne le retient
/tłumaczenie/
Cierpiąca dusza
żyje, ale niewiele mówi
On na nią czeka przed tą fotografią
nie jest szalony
On w to wierzy, to wszystko.
widzi ją wszędzie
On na nią czeka stojąc
Z różą w dłoni
Oprócz niej nie czeka na nic
Nic wokół nie ma sensu
A powietrze jest ciężkie
Nieobecny wzrok
On jest sam i często z nią rozmawia
nie jest szalony
On ją kocha, to wszystko,
widzi ją wszędzie
On na nią czeka stojąc
Stoi z różą w dłoni
Nie, nie, już nic go nie trzyma.
Indila - Love Story
Piosenka tą wybrałam specjalnie dla mojego dziadka, ponieważ jego żona umarła miesiąc przed moimi piątymi urodzinami. Od tego czasu nie był sobą. Ciągle był smutny, ale jego pomarszczona twarz nie okazywała żadnych emocji. Dla mnie stał się oschły i zimny jednak dalej go kochałam mimo, iż nigdy już nie usłyszałam jego śmiechu.
Zasłuchana w głos mojej mamy zapomniałam o tym gdzie jestem i że powinnam uciekać przed przeszłością. Mama odłożyła na stół laurkę dalej śpiewającą moim głosem ostatni refren. Ukłoniła się przede mną i podając mi rękę zapytała :
- Czy mogę prosić do tańca ?
Mimo woli wybuchnęłam dziecięcym śmiechem i złapałam moją mamę za rękę. Zaczęłyśmy się powoli obracać. Wszystko zdawało się być nasycone kolorami. Nawet ściany lśniły swoim blaskiem ciesząc się tą chwilą. Mama zaśmiała się i podrzuciła mnie w górę.
Nagle usłyszałam huk zatrzaskujących się drzwi na klatce schodowej, który wydał mi się tak nierealny, że nie zwracałam na niego uwagi ciesząc się z odzyskania mamy. Mojej mamy...
Na schodach rozległ się tupot ciężkich butów i chwile później do pokoju wbiegł mój tata z i z przerażoną miną powiedział :
- Dowiedzieli się. Śmierciożercy tu idą.
Moja młodsza wersja, w której ciele dalej byłam uwięziona wydała z siebie zduszony krzyk przerażenia. Mama wzięła mnie spokojnie na ręce i spojrzała mi głęboko w oczy.
- Ariana. Posłuchaj mnie uważnie. Cokolwiek się teraz stanie pamiętaj, że kochamy Cię ponad życie. I nie bój się. Będzie dobrze.
Strach sparaliżował mój umysł wiedząc na co za chwilę będę patrzeć.
-Mère (z fr. mama) czy to nie oni zabili babcię? - zapytałam drżącym głosem.
Kobieta spojrzała poważnie na córkę.
- Kto Ci tak powiedział ?
- Dziadziuś mówił, że trzeba było mnie oddać to może by nie zabili babci. Był zły.
Mama spojrzała z szokiem wymalowanym na twarzy na swojego męża. On również się tego nie spodziewał.
- Zdradził nas... - wyszeptał.
Usłyszeliśmy huki dochodzące zza zamkniętych drzwi. Mama pospiesznie złapała mnie za rękę i pociągnęła na werandę. Tata podążył za nami trzymając w ręce różdżkę i cały czas oglądając się w stronę drzwi wejściowych.
Zdążyliśmy wyjść do ogródka gdy poczułam, że ktoś zasłania mi buzię, łapie mocno za ramiona. i odciąga mnie z dala od rodziców. Na twarzy mojego ojca widać było przerażenie i wściekłość. Stojąca obok niego mama dalej miała spokojna minę, lecz jej oczy również zdradzały strach.
- To ta wasza córeczka ? - usłyszałam pytanie dobiegające gdzieś z mojej prawej strony. Chwile później w zasięgu mojego wzroku pojawiła się zakapturzona postać. Postać przechadzała się w poprzek podwórka tworząc miedzy moimi rodzicami a mną granicę. Nagle zatrzymała się i patrząc na mojego tatę zaśmiała się szyderczo.
- Co Marco ? Czyżbyś bał się o małą ? O to nie musisz się martwić. Będzie nam potrzebna. Słyszałem o jej umiejętnościach. Niestety jesteś marnym nauczycielem Marco. Ja będę dla niej lepszym ojcem - zaśmiał się szyderczo i spojrzał w stronę mojej mamy - A jeżeli chodzi o ciebie droga Mario, to cóż chyba nie muszę Ci tego uświadamiać, że mimo iż jesteś świetną czarownicą musimy Cię zabić z powodu twojej szlamowatej krwi...
Patrzałam na ojca, którego twarz z każdym słowem śmierciożercy robiła się coraz bardziej czerwona. W końcu podniósł różdżkę i sprawnym ruchem rozbroił przemawiającego śmierciożerce i tego który trzymał mnie. W tej samej chwili moja mama również zareagowała i rozbroiła dwóch następnych stojących między drzewami.
Gdy mój tata rozbrajał innych pojawiających się na podwórku mama podbiegła do mnie i zasłoniła sobą. Rodzice oszałamiali kolejnych wrogów, lecz było coraz trudniej. Większość ocknęła się po szoku jaki wywołał nagły atak i odbijali lecące do nich zaklęcia następnie kontratakując.
Rodzice zbliżyli się do siebie i schowali mnie za sobą dalej rzucając zaklęcia i odpierając atak.
Wszędzie błyskały rożnego koloru światła. Stałam sparaliżowana strachem i patrzałam na rozgrywającą się wokół mnie scenę. Z mojej lewej strony dostrzegłam ruch i obróciłam się w tę stronę. Stał tam śmierciożerca wcześniej naśmiewający się z mojego taty. W ręce trzymał różdżkę i celował nią w moją mamę, którą rozbroił właśnie jeden ze śmierciożerców.
- Mamo !!! - krzyknęłam i złapałam ją mocno za rękę pokazując ręką na celującą w nią zakapturzoną postać śmiejącą się opętańczo.
Spojrzała ponad mną, a w jej oczach widziałam strach. Odepchnęła mnie szybko i zobaczyłam przelatujące obok mnie zielone światło lecące w stronę mojej mamy. W jej oczach zobaczyłam łzy spojrzała na mnie, a z jej ust usłyszałam dwa ostatnie słowa :
- Będzie dobrze...
W tym samym momencie zobaczyłam uderzające w nią zielone światło, które odrzuciło ją do tyłu. Uderzyła o ziemie, a w mojej głowie na chwile zaległa cisza jakby do mojego mózgu dalej nie dotarła ta informacja. Że moja mama nie żyje...
Spróbowałam się stąd wydostać. Opuścić to wspomnienie, lecz dalej uwięziona byłam w umyśle sześcioletniej dziewczynki. Poczułam jak coś we mnie pęka, upadłam na kolana przy mamie i zaczęłam płakać. Mój tata obejrzał się żeby sprawdzić czy mi i mamie nic nie jest, lecz zamarł widząc jak leże nad jego żoną. Popatrzał nade mną.
W jego oczach zobaczyłam chęć mordu. Nagle za ręce złapał go jeden ze śmierciożerców, a drugi również zachodząc go od tyłu trzymał mu ramiona.
Usłyszałam rozchodzący się po mojej głowie śmiech śmierciożercy. Wspomnienie jego szczęścia... Poczułam jak wściekłość rozchodzi się z mojej głowy do reszty ciała. Spłynęła z głowy w stronę moich rąk, aż do dłoni, w których poczułam przyjemne mrowienie. Zobaczyłam jak na niebie zaczynają gromadzić się ciemne chmury. Popatrzałam jeszcze raz na mojego tatę.
- Ariana - zawołał patrząc na mnie, lecz nie zdążył dokończyć, bo jeden ze śmierciożerców uderzył go z całej siły w brzuch tak, że zgiął się wpół z trudem łapiąc oddech.
- Tak więc jak widzisz Marco - usłyszałam za sobą głos mordercy - my zawsze wygrywamy. A co do twojej córki to idzie z nami. Będzie z nami walczyć i pomoże skończyć to co zaczął Lord Voldemort.
Spojrzał na mnie i powiedział wesołym głosem :
- Prawda droga Ariano?
Obejrzałam się w jego stronę. Po moich policzkach już nie płynęły łzy. Jednym ruchem zdjął kaptur i uśmiechnął się do mnie. Jego krzywy nos złamany w co najmniej dwóch miejscach zmarszczył się gdy jego usta wykrzywiły się w śmiechu. Blond włosy związane były w brudny, niechlujny kucyk sięgający mu uszu. Ciemno zielone oczy patrzały na mnie badawczo.
- Prawda Ariano ? - powtórzył głośniej i spojrzał na mnie wymownie.
Nie odezwałam się tylko ze spuszczoną głową podeszłam do niego powoli. Przypomniałam sobie zielony błysk światła wylatujący z jego różdżki i trafiający w moją mamę. Po moim umyśle dalej odbijało się echo jego śmiechu.
- Nie, Ariana proszę. Oni chcą Cie wykorzystać... - usłyszałam szept ojca, a następnie jego jęk bólu, lecz nie odwróciłam się.
Całą swoją wściekłość nakierowałam z powrotem do głowy wyobrażając sobie wypełniający mnie dym nagle unoszący się do góry. Stanęłam przed śmierciożercą i spojrzałam mu w końcu w oczy. Wciągnął ze świstem powietrze i zaczął się cofać.
- Co się stało Warren ? Dziecka się przestraszyłeś ? - zapytał śmierciożerca stojący z boku i zaśmiał się wrednie.
Podszedł do mnie i szybkim ruchem złapał mnie za ramię. Przeniosłam swoje spojrzenie na niego, a ten zamarł w bezruchu puszczając mnie, a po chwili również zaczynając się cofać.
- Travis... ona ma ogień w oczach - szepnął mężczyzna wcześniej nazwany Warren'em.
Teraz dopiero zobaczycie. Poczujecie co to ból - pomyślałam.
- Tylko traf dobrze - a następnie rzuciłam nią w kierunku śmierciożerców trzymających mojego tatę. Oczami wyobraźni widziałam jak pocisk w połowie drogi rozpada się na dwie części, a następnie trafia dwóch śmierciożerców po obu stronach mojego taty. Kula zrobiła to co sobie wyobraziłam, a gdy trafiła śmierciożerców każdy z nich zaczął się trząść gdy ich ciało przeszedł prąd, a następnie upadli na ziemię. Spojrzałam w stronę dwóch następnych osób i wyrzuciłam ręce do przodu wyobrażając sobie jak wystrzela z nich wiatr i uderza w moich przeciwników. Poczułam wokół siebie zawirowanie powietrza, a następnie zrobiło ono dokładnie to co chciałam.
Spojrzałam na Warren'a i jego towarzysza. Wyciągnęłam rękę w stronę faceta, który złapał mnie wcześniej za ramię i od niechcenia machnęłam nią rozkazując w myślach ziemi aby nie pozwoliła mu uciec. Żywioł ten po raz pierwszy posłuchał mnie bez ociągania i po chwili śmierciożerca trzymany był przez grube łodygi porośnięte białymi różami. Symbolem mojej mamy...
Swoje spojrzenie utkwiłam w Warren'ie. W jego oczach widziałam przerażenie, a z ust zniknął uśmiech. Wyobraziłam sobie jak dym zamienia się w ogień i rozchodzi się do moich rąk. Podeszłam do niego bliżej i sprawiłam, że z ziemi wyrosły kolczaste łodygi róży i oplotły mu nogi. Wrzasnął z przerażenia i zaczął rękami szarpać grube łodygi, lecz nie dało to żadnego efektu. W końcu poddał się, spojrzał mi w oczy i odetchnął z ulgą. Następnie jego twarz wykrzywił głupi uśmiech.
- Już nie ciskasz promieniami z oczu. Czyżby moc Cię opuściła ? - powiedział śmiejąc się. Z kieszeni spodni wyciągnął różdżkę i powoli wycelował ją w moją twarz.
- Jaka szkoda, że taki talent musi się zmarnować - zacmokał.
- Avada ...- zaczął, lecz w tym samym momencie wyciągnęłam rękę do przodu i z mojej dłoni buchnął niebieski ogień podpalając jego różdżkę. Widząc palący się patyk krzyknął i upuścił go na ziemie gdzie zgasł. Spojrzał na mnie z przerażeniem.
- Ty nie masz granicy jak inni - wyszeptał, a w jego oczach widać było niedowierzanie.
Przeniosłam z powrotem energię w stronę oczu tak, że znowu widać było w nich niebieskie płomienie. Warren krzyknął z przerażenia i próbując się cofnąć do tyłu wywrócił się przez dalej trzymające go pnącza.
- Czyżbyś się bał małej dziewczynki... ? - wyszeptałam unosząc do góry jedną rękę, nad którą wisiał niebieski płomień.
- Proszę Cię. Zlituj się...
- Zabiłeś moją mamę - szepnęłam, a niebo przecięła błyskawica. Konary trzymające nogi Warren'a zaczęły wspinać się powoli, oplatając całe ciało.
Nagle poczułam jak ktoś dotyka mojego ramienia i instynktownie odwróciłam się szybko, gotowa do ataku. Jednak przede mną stał mój ojciec z podbitym okiem i rozciętą wargą. W jego brązowych oczach czaiła się rozpacz.
- Ariana nie rób tego - wyszeptał patrząc mi w oczy - Nie zniżaj się do jego poziomu.
Gdy to mówił jego głos zadrżał ze skrywanych emocji. Dopiero teraz dotarło do mnie co się tu wydarzyło. Moja mama nie żyje. To zdanie odbijało się po ścianach mojego umysłu. Nogi się pode mną ugięły i upadłam ma trawę naszego podwórka. Nigdy już nie zobaczę mamy. Z rozpaczą spojrzałam na klęczącego obok mnie tatę i wtuliłam się w jego ramiona próbując schować się przed światem. Poczułam jak wcześniejsze mrowienie w moich rękach ustaje, a dym w moim ciele się rozpierzcha.
Nagle usłyszałam w mojej głowie jeszcze raz straszliwy pisk i poczułam jakby ktoś próbował mi zmiażdżyć głowę. Straciłam na chwile ostrość widzenia i dopiero po około minucie mogłam znowu widzieć. Teraz dopiero zobaczyłam, że stoję obok ściskającego moją młodszą wersję taty. A więc to ten pisk uwięził mnie w tym wspomnieniu. Rozejrzałam się uważnie. Staliśmy za naszym domem w obok ogródka gdzie rosły jabłonie oraz inne rośliny. Łodygi z kolcami oplatały mężczyznę nazwanego Travis'em. Niedaleko niego leżało dwóch trafionych piorunem facetów, a inni uciekli. Nie licząc oczywiście Warren'a, którego dalej trzymały grube pnącza róż. Niedaleko niego leżało ciało mojej mamy, na którego widok do oczu napłynęły mi łzy. Podeszłam do niej i uklęknęłam obok kryjąc twarz w rękach.
Przepraszam mamo. Gdyby nie mój dar nic by się nie stało. To wszystko moja wina. Po moich policzkach zaczęły płynąc strumienie łez. Po kilku minutach podniosłam w końcu głowę i wycierając oczy rekami wstałam z ziemi nie patrząc już na ciało mamy. Spojrzałam w stronę gdzie dalej wypłakiwałam się w ramie taty, na którego policzkach również widać było ślady łez. Na jego czarnych włosach widać było ślady krwi.
Usłyszałam skrzypnięcie drzwi i do ogrodu wpadło około tuzina aurorów. W tym samym momencie obraz zaczął się rozmazywać i ściemniać. Rzuciłam ostatnie spojrzenie w stronę ciała mamy i pozwoliłam zabrać się ciemności.
Edit 1: 03.10.2015
Edit 2 : 06.02.2016
Mam nadzieje, że rozdział się spodobał ;). Jest to jedyny tekst, który pisze w pierwszej osobie, bo no cóż, nie ukrywając słabo mi to idzie. Mam jednak nadzieje, że nie jest tragicznie:*
~Kimi
Popatrzałam na drugie zdjęcie i znowu widać było na nim mnie wraz z moim tatą wokół, którego latałam na dziecięcej miotełce. Scena ta odgrywała się w naszym ogródku. Na twarzy taty widać było przerażenie pomieszane z dumą gdy wzleciałam wysoko do góry i zwisałam głową w dół zaczepiona tylko nogami. Już wtedy lubiłam akrobacje na miotle.
Spojrzałam na ostatnie ze zdjęć. Przedstawiało ono moją mamę pochylającą się nade mną, gdy przyglądałam się roślinie. Złote włosy okalające jej twarz układały się w naturalne fale i spływały po ramionach mojej rodzicielki. Była piękna. Idealny nos, idealne usta i brązowe wesołe oczy. Zawsze mówiono, że urodę odziedziczyłam po niej, lecz ja nigdy nie widziałam podobieństwa nie licząc tych samych czekoladowych oczu i jasnej cery. Śmiejąc się mówiła mi co mam robić. Na mojej twarzy widać było skupienie i determinacje.
Pamiętam tamten dzień. Wtedy mój tata oznajmił, że może jednak nie panuje nad żywiołem ziemi, więc ćwiczyłam cały dzień, aż w końcu udało mi się namówić roślinę aby oplotła kijek, który jej wskazałam. Pamiętam dumę na twarzy mojej mamy, gdy zobaczyła pierwszy kwiat wyhodowany przeze mnie. Oczywiście była to biała róża, czyli ulubiony kwiat mojej mamy. Ona zawsze miała rękę do roślin, a ja w tej dziedzinie byłam beznadziejna...
Przyglądnęłam się mojej mamie. Jej wesołemu spojrzeniu i uśmiechowi, który dla mnie wart był milion dolarów. Jak wiele bym dała żeby Cię jeszcze zobaczyć - pomyślałam a po moim policzku spłynęła samotna łza.
Nagle za moimi plecami usłyszałam trzask zamykanych drzwi i odgłosy kroków. Odwróciłam się szybko i w odruchu przeszukałam kieszenie w poszukiwaniu różdżki, lecz nie znalazłam jej tam. Usłyszałam w głowie kolejne słowa mojej nauczycielki : Zawsze bądź przygotowana na najgorsze. Nie wiadomo do czego jeszcze posuną się śmierciożercy, by przekabacić Cię na swoją stronę.
Spojrzałam w stronę przeszklonych drzwi, zza których słychać było kroki. Przygotowana na walkę stanęłam w lekkim rozkroku i wyciągnęłam przed siebie ręce mierząc w szybę.
Drzwi uchyliły się powoli, a do pokoju weszła ostatnia osoba jaką spodziewałabym się zobaczyć. Złote włosy powiewały za moją mamą, która nie zauważając mnie podeszła do stolika po drugiej stronie pomieszczenia i położyła na nim trzy białe róże z naszego ogrodu. Włosy jak zwykle zostawiła rozpuszczone, a delikatny makijaż podkreślał jej idealne rysy twarzy. Miała na sobie białą sukienkę w kolorowe kwiaty. Tą sama, którą miała gdy do naszego domu dostali się śmierciożercy. Poczułam jak moje serce pęka i po moich policzkach zaczęły się toczyć łzy.
- Mamo... ? - wykrztusiłam próbując zwrócić jej uwagę, lecz mnie nie usłyszała. Przeszła obok mnie jakbym była powietrzem i podeszła do jednej z szafek stojących niedaleko lodówki. Wyciągnęła z niej wazon i po nalaniu do niego wody wróciła do stołu. Powoli włożyła do niego kwiaty i uśmiechając się pod nosem spojrzała na nie wesołym wzrokiem.
W tym samym momencie od strony klatki schodowej dobiegły dźwięki tupania małych stóp. Do pokoju wpadła sześcioletnia wersja samej mnie z rękami umazanymi farbami i uśmiechem tak szerokim, że nie wiem jak zmieścił się na mojej również brudnej twarzyczce. Wymachiwałam w stronę mojej mamy kartką i z dumną miną krzyknęłam :
- Skończyłam !!!
W tym samym momencie usłyszałam pisk i zamknęłam oczy z bólu, który eksplodował w mojej głowie. Straciłam panowanie nad nogami i runęłam na ziemie gdzie zwijałam się z bólu. Minutę później pisk jak się pojawił tak szybko zniknął. Otworzyłam ostrożnie oczy obawiając się kolejnej eksplozji w mojej głowie, lecz ta nie nastąpiła.
Zobaczyłam przed sobą krótką rączkę w zielonym sweterku wymachująca kartką z niebieskim napisem z brokatu "Dla najlepszego dziadka". Już wiedziałam co się za chwile stanie. Spanikowana spróbowałam się wydostać ze wspomnienia, lecz ku mojemu jeszcze większemu przerażeniu nie mogłam nic zrobić. Nie mogłam nawet zamknąć oczu uwięziona w ciele sześciolatki, nie domyślającej się co się za chwile wydarzy i krzyczącej dzięcięcym głosem :
- Skończyłam!
Mama uśmiechnęła się wesoło i odebrała ode mnie kartkę.
- Dla najlepszego dziadka - zaczęła czytać.
Spojrzała na mnie jakby pytając się czy czytać dalej, na co z uśmiechem cały czas przylepionym do twarzy, machnęłam głową na potwierdzenie. Widząc moją zgodę przewróciła kartkę i swoim pięknym melodyjnym głosem zaśpiewała moją ulubioną piosenkę z dzieciństwa zapisaną na karcie laurki. Laurka po dwóch wersach milczenia ku zdumieniu mojej mamy zaczęła wraz z nią śpiewać moim głosem piosenkę.
- L’âme en peine
Il vit mais parle à peine
Il l'attend devant cette photo d'antan
Il, il n'est pas fou
Il y croit c'est tout
Il la voit partout
Il l'attend debout
Une rose à la main
À part elle il n'attend rien
Rien autour n'a de sens
Et l'air est lourd
Le regard absent
Il est seul et lui parle souvent
Il, il n'est pas fou
Il l'aime c'est tout
Il la voit partout
Il l'attend debout
Debout une rose à la main
Non, non plus rien ne le retient
/tłumaczenie/
Cierpiąca dusza
żyje, ale niewiele mówi
On na nią czeka przed tą fotografią
nie jest szalony
On w to wierzy, to wszystko.
widzi ją wszędzie
On na nią czeka stojąc
Z różą w dłoni
Oprócz niej nie czeka na nic
Nic wokół nie ma sensu
A powietrze jest ciężkie
Nieobecny wzrok
On jest sam i często z nią rozmawia
nie jest szalony
On ją kocha, to wszystko,
widzi ją wszędzie
On na nią czeka stojąc
Stoi z różą w dłoni
Nie, nie, już nic go nie trzyma.
Indila - Love Story
Piosenka tą wybrałam specjalnie dla mojego dziadka, ponieważ jego żona umarła miesiąc przed moimi piątymi urodzinami. Od tego czasu nie był sobą. Ciągle był smutny, ale jego pomarszczona twarz nie okazywała żadnych emocji. Dla mnie stał się oschły i zimny jednak dalej go kochałam mimo, iż nigdy już nie usłyszałam jego śmiechu.
Zasłuchana w głos mojej mamy zapomniałam o tym gdzie jestem i że powinnam uciekać przed przeszłością. Mama odłożyła na stół laurkę dalej śpiewającą moim głosem ostatni refren. Ukłoniła się przede mną i podając mi rękę zapytała :
- Czy mogę prosić do tańca ?
Mimo woli wybuchnęłam dziecięcym śmiechem i złapałam moją mamę za rękę. Zaczęłyśmy się powoli obracać. Wszystko zdawało się być nasycone kolorami. Nawet ściany lśniły swoim blaskiem ciesząc się tą chwilą. Mama zaśmiała się i podrzuciła mnie w górę.
Nagle usłyszałam huk zatrzaskujących się drzwi na klatce schodowej, który wydał mi się tak nierealny, że nie zwracałam na niego uwagi ciesząc się z odzyskania mamy. Mojej mamy...
Na schodach rozległ się tupot ciężkich butów i chwile później do pokoju wbiegł mój tata z i z przerażoną miną powiedział :
- Dowiedzieli się. Śmierciożercy tu idą.
Moja młodsza wersja, w której ciele dalej byłam uwięziona wydała z siebie zduszony krzyk przerażenia. Mama wzięła mnie spokojnie na ręce i spojrzała mi głęboko w oczy.
- Ariana. Posłuchaj mnie uważnie. Cokolwiek się teraz stanie pamiętaj, że kochamy Cię ponad życie. I nie bój się. Będzie dobrze.
Strach sparaliżował mój umysł wiedząc na co za chwilę będę patrzeć.
-Mère (z fr. mama) czy to nie oni zabili babcię? - zapytałam drżącym głosem.
Kobieta spojrzała poważnie na córkę.
- Kto Ci tak powiedział ?
- Dziadziuś mówił, że trzeba było mnie oddać to może by nie zabili babci. Był zły.
Mama spojrzała z szokiem wymalowanym na twarzy na swojego męża. On również się tego nie spodziewał.
- Zdradził nas... - wyszeptał.
Usłyszeliśmy huki dochodzące zza zamkniętych drzwi. Mama pospiesznie złapała mnie za rękę i pociągnęła na werandę. Tata podążył za nami trzymając w ręce różdżkę i cały czas oglądając się w stronę drzwi wejściowych.
Zdążyliśmy wyjść do ogródka gdy poczułam, że ktoś zasłania mi buzię, łapie mocno za ramiona. i odciąga mnie z dala od rodziców. Na twarzy mojego ojca widać było przerażenie i wściekłość. Stojąca obok niego mama dalej miała spokojna minę, lecz jej oczy również zdradzały strach.
- To ta wasza córeczka ? - usłyszałam pytanie dobiegające gdzieś z mojej prawej strony. Chwile później w zasięgu mojego wzroku pojawiła się zakapturzona postać. Postać przechadzała się w poprzek podwórka tworząc miedzy moimi rodzicami a mną granicę. Nagle zatrzymała się i patrząc na mojego tatę zaśmiała się szyderczo.
- Co Marco ? Czyżbyś bał się o małą ? O to nie musisz się martwić. Będzie nam potrzebna. Słyszałem o jej umiejętnościach. Niestety jesteś marnym nauczycielem Marco. Ja będę dla niej lepszym ojcem - zaśmiał się szyderczo i spojrzał w stronę mojej mamy - A jeżeli chodzi o ciebie droga Mario, to cóż chyba nie muszę Ci tego uświadamiać, że mimo iż jesteś świetną czarownicą musimy Cię zabić z powodu twojej szlamowatej krwi...
Patrzałam na ojca, którego twarz z każdym słowem śmierciożercy robiła się coraz bardziej czerwona. W końcu podniósł różdżkę i sprawnym ruchem rozbroił przemawiającego śmierciożerce i tego który trzymał mnie. W tej samej chwili moja mama również zareagowała i rozbroiła dwóch następnych stojących między drzewami.
Gdy mój tata rozbrajał innych pojawiających się na podwórku mama podbiegła do mnie i zasłoniła sobą. Rodzice oszałamiali kolejnych wrogów, lecz było coraz trudniej. Większość ocknęła się po szoku jaki wywołał nagły atak i odbijali lecące do nich zaklęcia następnie kontratakując.
Rodzice zbliżyli się do siebie i schowali mnie za sobą dalej rzucając zaklęcia i odpierając atak.
Wszędzie błyskały rożnego koloru światła. Stałam sparaliżowana strachem i patrzałam na rozgrywającą się wokół mnie scenę. Z mojej lewej strony dostrzegłam ruch i obróciłam się w tę stronę. Stał tam śmierciożerca wcześniej naśmiewający się z mojego taty. W ręce trzymał różdżkę i celował nią w moją mamę, którą rozbroił właśnie jeden ze śmierciożerców.
- Mamo !!! - krzyknęłam i złapałam ją mocno za rękę pokazując ręką na celującą w nią zakapturzoną postać śmiejącą się opętańczo.
Spojrzała ponad mną, a w jej oczach widziałam strach. Odepchnęła mnie szybko i zobaczyłam przelatujące obok mnie zielone światło lecące w stronę mojej mamy. W jej oczach zobaczyłam łzy spojrzała na mnie, a z jej ust usłyszałam dwa ostatnie słowa :
- Będzie dobrze...
W tym samym momencie zobaczyłam uderzające w nią zielone światło, które odrzuciło ją do tyłu. Uderzyła o ziemie, a w mojej głowie na chwile zaległa cisza jakby do mojego mózgu dalej nie dotarła ta informacja. Że moja mama nie żyje...
Spróbowałam się stąd wydostać. Opuścić to wspomnienie, lecz dalej uwięziona byłam w umyśle sześcioletniej dziewczynki. Poczułam jak coś we mnie pęka, upadłam na kolana przy mamie i zaczęłam płakać. Mój tata obejrzał się żeby sprawdzić czy mi i mamie nic nie jest, lecz zamarł widząc jak leże nad jego żoną. Popatrzał nade mną.
W jego oczach zobaczyłam chęć mordu. Nagle za ręce złapał go jeden ze śmierciożerców, a drugi również zachodząc go od tyłu trzymał mu ramiona.
Usłyszałam rozchodzący się po mojej głowie śmiech śmierciożercy. Wspomnienie jego szczęścia... Poczułam jak wściekłość rozchodzi się z mojej głowy do reszty ciała. Spłynęła z głowy w stronę moich rąk, aż do dłoni, w których poczułam przyjemne mrowienie. Zobaczyłam jak na niebie zaczynają gromadzić się ciemne chmury. Popatrzałam jeszcze raz na mojego tatę.
- Ariana - zawołał patrząc na mnie, lecz nie zdążył dokończyć, bo jeden ze śmierciożerców uderzył go z całej siły w brzuch tak, że zgiął się wpół z trudem łapiąc oddech.
- Tak więc jak widzisz Marco - usłyszałam za sobą głos mordercy - my zawsze wygrywamy. A co do twojej córki to idzie z nami. Będzie z nami walczyć i pomoże skończyć to co zaczął Lord Voldemort.
Spojrzał na mnie i powiedział wesołym głosem :
- Prawda droga Ariano?
Obejrzałam się w jego stronę. Po moich policzkach już nie płynęły łzy. Jednym ruchem zdjął kaptur i uśmiechnął się do mnie. Jego krzywy nos złamany w co najmniej dwóch miejscach zmarszczył się gdy jego usta wykrzywiły się w śmiechu. Blond włosy związane były w brudny, niechlujny kucyk sięgający mu uszu. Ciemno zielone oczy patrzały na mnie badawczo.
- Prawda Ariano ? - powtórzył głośniej i spojrzał na mnie wymownie.
Nie odezwałam się tylko ze spuszczoną głową podeszłam do niego powoli. Przypomniałam sobie zielony błysk światła wylatujący z jego różdżki i trafiający w moją mamę. Po moim umyśle dalej odbijało się echo jego śmiechu.
- Nie, Ariana proszę. Oni chcą Cie wykorzystać... - usłyszałam szept ojca, a następnie jego jęk bólu, lecz nie odwróciłam się.
Całą swoją wściekłość nakierowałam z powrotem do głowy wyobrażając sobie wypełniający mnie dym nagle unoszący się do góry. Stanęłam przed śmierciożercą i spojrzałam mu w końcu w oczy. Wciągnął ze świstem powietrze i zaczął się cofać.
- Co się stało Warren ? Dziecka się przestraszyłeś ? - zapytał śmierciożerca stojący z boku i zaśmiał się wrednie.
Podszedł do mnie i szybkim ruchem złapał mnie za ramię. Przeniosłam swoje spojrzenie na niego, a ten zamarł w bezruchu puszczając mnie, a po chwili również zaczynając się cofać.
- Travis... ona ma ogień w oczach - szepnął mężczyzna wcześniej nazwany Warren'em.
Teraz dopiero zobaczycie. Poczujecie co to ból - pomyślałam.
Wyobraziłam sobie prąd
ruszający w stronę moich rąk. Podniosłam je do góry, a niebo
przecięła błyskawica, która uderzyła w drzewo niedaleko nas.
Następny piorun uderzył prosto w moje wyciągnięte ręce.
Poczułam
uderzenie mocy. Piorun zniknął, a ja złączyłam przed sobą ręce
wyobrażając sobie pocisk stworzony z jego energii. Następnie rozłożyłam
ręce między, którymi wisiała elektryczna kula i szepnęłam do niej :- Tylko traf dobrze - a następnie rzuciłam nią w kierunku śmierciożerców trzymających mojego tatę. Oczami wyobraźni widziałam jak pocisk w połowie drogi rozpada się na dwie części, a następnie trafia dwóch śmierciożerców po obu stronach mojego taty. Kula zrobiła to co sobie wyobraziłam, a gdy trafiła śmierciożerców każdy z nich zaczął się trząść gdy ich ciało przeszedł prąd, a następnie upadli na ziemię. Spojrzałam w stronę dwóch następnych osób i wyrzuciłam ręce do przodu wyobrażając sobie jak wystrzela z nich wiatr i uderza w moich przeciwników. Poczułam wokół siebie zawirowanie powietrza, a następnie zrobiło ono dokładnie to co chciałam.
Spojrzałam na Warren'a i jego towarzysza. Wyciągnęłam rękę w stronę faceta, który złapał mnie wcześniej za ramię i od niechcenia machnęłam nią rozkazując w myślach ziemi aby nie pozwoliła mu uciec. Żywioł ten po raz pierwszy posłuchał mnie bez ociągania i po chwili śmierciożerca trzymany był przez grube łodygi porośnięte białymi różami. Symbolem mojej mamy...
Swoje spojrzenie utkwiłam w Warren'ie. W jego oczach widziałam przerażenie, a z ust zniknął uśmiech. Wyobraziłam sobie jak dym zamienia się w ogień i rozchodzi się do moich rąk. Podeszłam do niego bliżej i sprawiłam, że z ziemi wyrosły kolczaste łodygi róży i oplotły mu nogi. Wrzasnął z przerażenia i zaczął rękami szarpać grube łodygi, lecz nie dało to żadnego efektu. W końcu poddał się, spojrzał mi w oczy i odetchnął z ulgą. Następnie jego twarz wykrzywił głupi uśmiech.
- Już nie ciskasz promieniami z oczu. Czyżby moc Cię opuściła ? - powiedział śmiejąc się. Z kieszeni spodni wyciągnął różdżkę i powoli wycelował ją w moją twarz.
- Jaka szkoda, że taki talent musi się zmarnować - zacmokał.
- Avada ...- zaczął, lecz w tym samym momencie wyciągnęłam rękę do przodu i z mojej dłoni buchnął niebieski ogień podpalając jego różdżkę. Widząc palący się patyk krzyknął i upuścił go na ziemie gdzie zgasł. Spojrzał na mnie z przerażeniem.
- Ty nie masz granicy jak inni - wyszeptał, a w jego oczach widać było niedowierzanie.
Przeniosłam z powrotem energię w stronę oczu tak, że znowu widać było w nich niebieskie płomienie. Warren krzyknął z przerażenia i próbując się cofnąć do tyłu wywrócił się przez dalej trzymające go pnącza.
- Czyżbyś się bał małej dziewczynki... ? - wyszeptałam unosząc do góry jedną rękę, nad którą wisiał niebieski płomień.
- Proszę Cię. Zlituj się...
- Zabiłeś moją mamę - szepnęłam, a niebo przecięła błyskawica. Konary trzymające nogi Warren'a zaczęły wspinać się powoli, oplatając całe ciało.
Nagle poczułam jak ktoś dotyka mojego ramienia i instynktownie odwróciłam się szybko, gotowa do ataku. Jednak przede mną stał mój ojciec z podbitym okiem i rozciętą wargą. W jego brązowych oczach czaiła się rozpacz.
- Ariana nie rób tego - wyszeptał patrząc mi w oczy - Nie zniżaj się do jego poziomu.
Gdy to mówił jego głos zadrżał ze skrywanych emocji. Dopiero teraz dotarło do mnie co się tu wydarzyło. Moja mama nie żyje. To zdanie odbijało się po ścianach mojego umysłu. Nogi się pode mną ugięły i upadłam ma trawę naszego podwórka. Nigdy już nie zobaczę mamy. Z rozpaczą spojrzałam na klęczącego obok mnie tatę i wtuliłam się w jego ramiona próbując schować się przed światem. Poczułam jak wcześniejsze mrowienie w moich rękach ustaje, a dym w moim ciele się rozpierzcha.
Nagle usłyszałam w mojej głowie jeszcze raz straszliwy pisk i poczułam jakby ktoś próbował mi zmiażdżyć głowę. Straciłam na chwile ostrość widzenia i dopiero po około minucie mogłam znowu widzieć. Teraz dopiero zobaczyłam, że stoję obok ściskającego moją młodszą wersję taty. A więc to ten pisk uwięził mnie w tym wspomnieniu. Rozejrzałam się uważnie. Staliśmy za naszym domem w obok ogródka gdzie rosły jabłonie oraz inne rośliny. Łodygi z kolcami oplatały mężczyznę nazwanego Travis'em. Niedaleko niego leżało dwóch trafionych piorunem facetów, a inni uciekli. Nie licząc oczywiście Warren'a, którego dalej trzymały grube pnącza róż. Niedaleko niego leżało ciało mojej mamy, na którego widok do oczu napłynęły mi łzy. Podeszłam do niej i uklęknęłam obok kryjąc twarz w rękach.
Przepraszam mamo. Gdyby nie mój dar nic by się nie stało. To wszystko moja wina. Po moich policzkach zaczęły płynąc strumienie łez. Po kilku minutach podniosłam w końcu głowę i wycierając oczy rekami wstałam z ziemi nie patrząc już na ciało mamy. Spojrzałam w stronę gdzie dalej wypłakiwałam się w ramie taty, na którego policzkach również widać było ślady łez. Na jego czarnych włosach widać było ślady krwi.
Usłyszałam skrzypnięcie drzwi i do ogrodu wpadło około tuzina aurorów. W tym samym momencie obraz zaczął się rozmazywać i ściemniać. Rzuciłam ostatnie spojrzenie w stronę ciała mamy i pozwoliłam zabrać się ciemności.
Edit 1: 03.10.2015
Edit 2 : 06.02.2016
Mam nadzieje, że rozdział się spodobał ;). Jest to jedyny tekst, który pisze w pierwszej osobie, bo no cóż, nie ukrywając słabo mi to idzie. Mam jednak nadzieje, że nie jest tragicznie:*
~Kimi


Super ^^Ciekawe ci dalej ;) Wszystko świetne, ale myślę, że lepiej cztałoby się z akapitami ;)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam ~NOX
http://nowepokoleniefelicity.blogspot.com/
Dzięki bardzo :*
UsuńJak będę miała trochę czasu to zastosuje się do twojej rady i dodam akapity ;)
Kimi
No witam!
OdpowiedzUsuńOkej, nadrobiłam już jeden rozdział, znajdę kolejną chwilkę i czytam drugi!
Ogólnie, muszę Ci powiedzieć, że piszesz bardzo fajne i długie notki!
Wygląd bloga również jest uroczy, chociaż nagłówek dodałby takie.. TADAM.
Koleżanka wyżej ma rację, akapity to naprawdę max. minut a lepiej się czyta, chociaż, ja tam jakoś szczególnie różnicy nie widzę, to zależy od gustu i.. monitora.
Matko, zakochałam się w tym opowiadaniu! Mam, aż taką ochotę czytać i czytać bez końca, a tu tylko jeszcze jeden rozdział.. Za żywioły masz u mnie dodatkowy plus, ale to już chyba wiesz, więc no..
Miłego pisania,
AleksandraOla
Dzięki bardzo, że do mnie wpadłaś :D Już dodałam trochę akapitów, ale jak się dalej niewygodnie czytać to jeszcze poprawię ;) Jest to rozdział, który najmniej mi się podoba ze względu na to, że źle mi idzie pisanie w pierwszej osobie. Mam nadzieje, że nie umęczyłaś się bardzo czytając te moje wypociny. W drugim rozdziale nie pisze już w pierwszej osobie i jestem z niego bardziej zadowolona.
UsuńA co do szablonu to zmieni się pewnie jeszcze z milion razy, bo sama wole go zrobić, a nie jestem jeszcze przekonana co do takiego słodkiego wyglądu, więc się zobaczy ;) Dzięki bardzo za komentarz, bo pewnie sama wiesz jakie to motywujące gdy widać, że ktoś czyta :*
~KIMI
Super! Maria - moja imienniczka :) Szkoda, że umarła :( Rozdział wcale nie jest do bani. Jest świetny. Połączenie Pottera i żywiołów. Kobieto już cię kocham. A do tego taki długi. Jutro biorę się za czytanie drugiego. Przepraszam, że taki bardzo inteligentny komentarz, ale jestem już zmęczona po całym dniu. Tak czy siak pisz dalej. Pozdrawiam ;)
OdpowiedzUsuńhttp://www.szkolanowegopokolenia.blogspot.com/
Dzięki bardzo za taki miły komentarz :* Od razu mam motywację do dalszego pisania.
UsuńJutro OBIECUJĘ (jak ja obiecuje to słowa dotrzymuje) że wejdę na twojego bloga. Dzisiaj już padam z nóg, więc spodziewaj się jutro nowych komentarzy ;)
Jeszcze raz wielkie dzięki za komentarz :*
~KIMI
P.S. Przepraszam za jakiekolwiek błędy, bo jak mówiłam padam z nóg ;)
Hej! Wow! To jest naprawdę dobre :D Myślę , że to może być jedno z moich ulubionych opowiadań o nowym pokoleniu ^^
OdpowiedzUsuńNaprawdę dziękuje za te miłe słowa :) Komentarze bardzo motywują do dalszego pisania.
UsuńZachęcam do wzięcia udziału w ankiecie na temat zakładki Dormitorium, chyba, że już wzięłaś udział ;) Do przeczytania :*
~KIMI